SPOŁECZNOŚĆ

[userpro template=register]

carpioCHŁONNY ŻYWOT

Nie wiem do końca jak to się stało. Czy to ja odnalazłem karpiarstwo, czy było zupełnie odwrotnie…

Patrząc z perspektywy wiem, że nic w naszym życiu nie dzieje się bez przyczyny…

 

Wędkowaniem zajmowałem się od dziecka i liznąłem prawie wszystkich jego odmian, od uganiania sie z muchówką za pstrągami po górskich potoczkach, spinningowaniem, aż po starty w zawodach spławikowych. Gdzieś jednak na drodze życia tą pasje zgubiłem. Prawdopodobnie w momencie kiedy straciłem ojca – mojego najlepszego kompana wędkarskich wypadów.

Lata leciały, a głowę przysłaniał natłok obowiązków.

Na karpiową zasiadkę trafiłem troszkę z przypadku za namową kolegi. Mateusz dziękuje, że zaszczepiłeś mi tą pasje szkoda jednak, że zapomniałeś o mnie w najważniejszym momencie…….. , do tego dojdziemy.

O wędkarstwie karpiowym moja wiedza była niewielka. W czasie kiedy nie interesowałem się wędkarstwem, ten kierunek w Polsce rozkwitł. Z niemałym osłupieniem przyglądałem się rozstawianemu biwakowi, wędkom , wielkim kołowrotkom,  zestawom końcowym i innym wynalazkom, które sprezentował mi kolega.

Cały ten arsenał zajmujący spakowanego po dach Seata Leona to był lekki szok. Jak do tej pory, mój sprzęt na wypady na ryby mieścił się spokojnie w plecaku lub co najwyżej w bagażniku małego autka miejskiego. Te kije, kołowrotki, żyłka 0.35 i blisko 250g ciężarki do wywózki były dla mnie czymś groteskowym… Myśl o tym, że tak ostrożna ryba jak karp może być skutecznie łowiona na coś takiego zakończone różową fluorescencyjna kulką o zapachu kałamarnicy powodowała dziwne rozterki. Jakieś jaja… ????? Dobrze, że nie schabowego z kapustą, choć gdyby udało się go założyć to kto wie.

Na ten wyjazd wziąłem jakiś najmocniejszy sprzęt który posiadałem o którym wolę nie wspominać, aby czytający to nie pękł ze śmiechu. Koniec końców kolega zmontował i wywiózł mi zestaw, czego efektem był mój pierwszy kilkunastokilowy amur. Ta walka pozostanie w mojej pamięci do końca życia.

 

To był ten moment – PRZEPADŁEM…

Przyznam szczerze, od tego momentu nie pamiętam dnia kiedy choć przez chwile nie pomyślałem o karpiowaniu, nie zaglądnąłem na forum, czy nie spojrzałem na gromadzący się sprzęt który ogarniał coraz większą przestrzeń garażu.

Każdy pamięta jak ciężkie jest zaczynanie od zera. Odmawianie sobie różnych rzeczy. Czy pamiętacie chowanie paragonów przed żoną? Pierwsze zasiadki pod parasolem i spanie na fotelu?. Z rozrzewnieniem pamiętam te czasy. Dlatego obecnie staram się wspierać młodych adeptów karpiowych w łatwiejszym starcie w to kosztowne hobby. Uśmiech Młodego Karpiarza,  z którą to akcją jestem praktycznie od samego początku wzbudza i u mnie uśmiech na twarzy kiedy widzę ich zdjęcia z pięknymi rybami i wiem że gdzieś mogłem dołożyć małą cegiełkę do ich sukcesów.

Jednak pora na sedno tematu dla którego powstał ten tekst. Tekst który dojrzewał 2 lata. Do którego wracając zaczynałem go od nowa. Historia, która prowadzi do tego co robię w tej chwili. Tego kim jestem. „Przygoda” która zmieniła całkowicie moje życie, sposób w jaki na nie patrzę i jak je traktuję. To jakby się urodzić i zacząć żyć od nowa – w przenośni jak i po prawdzie faktycznie z medycznego punktu widzenia…

Zima 2014/2015- zima jak to zima. Snucie planów na nadchodzący sezon. Kręcenie nowych kombinacji kulek, wiązanie przyponów, odliczanie dni w kalendarzu w oczekiwaniu kiedy stawy odmarzną i będzie można wyruszyć nad wodę. Praca przy pensjonacie, której w sezonie zimowym nie brakuje zabija jednak czas. 18 lutego zaczął się problem zdrowotny po kilku dniach „łopatowania” śniegu którym obdarzyła zima. Od trzech dni czułem się słabo i doskwierał mi ból w prawej pachwinie.

Pewnie coś naciągnąłem. Pojawiło się jednak twarde wybrzuszenie. Cholera jasna – przepuklina… Tego mi teraz brakowało…Wizyta na SOR, niewyraźna mina chirurga i od razu zapisanie na oddział.

Tego samego dnia już wylądowałem na stole a następnego po zabiegu wyszedłem z wypisem w którym widniało: „nieswoiste zapalenie węzłów chłonnych”. Za dwa tygodnie miałem się zgłosić po wyniki badań histopatologicznych. Kiedy odbierałem wyniki, lekarz spuścił głowę.

Wyszedłem na korytarz i zacząłem czytać. Przyznam, że nogi się pode mną ugięły…

Oczywiście pierwsze przyszło wyparcie.

 Rak????????????????

 

To pomyłka. Nie możliwe – mam 35 lat czuje się świetnie. Później internet, gorączkowe studiowanie, bo tak naprawdę nie wiedziałem z czym mam do czynienia.

Chłoniak rozlany z limfocytów B czyli w skrócie DLBCL jak się później okazało załapałem się jeszcze na jego gorszą odmianę dającą znacznie gorsze rokowania i często oporną w leczeniu. Do kompletu należę do mniejszego odsetku chorych, u których choroba rozwija się bezobjawowo. Katastrofalny komplet…

Zaczęły się konsultacje i wstępne badania a wszystkie wyniki kierowane były do Kliniki hematologii UJ w Krakowie. Cały czas łudziłem się ze gdzieś nastąpiła pomyłka. Po zabiegu szybko doszedłem do formy, więc z zejściem lodów i pierwszych powiewach nadchodzącej wiosny wystartowałem z moim sezonem karpiowym. Ponieważ na moich pobliskich wodach zalegała jeszcze pokrywa lodowa, na pierwszą zasiadkę wybrałem łowisko koło Wadowic gdzie mogliśmy z spędzić weekend w ogrzewanym domku z bali. Ta pierwsza zasiadka zaowocowała całkiem ładnym 10,5 kg golcem.

Biorąc pod uwagę warunki atmosferyczne z zimnym wschodnim wiatrem który przenikał do szpiku kości i zaganiał do ciepłego wnętrza domku było to niezłe osiągnięcie. Nawet nie liczyłem na branie, a tym bardziej ryby dwucyfrowej. Mało tego to mój pierwszy wyjazd na to łowisko a taktyka którą obrałem całkowicie odbiegała od kanonów panujących na tej wodzie. Rewelacja.

Euforia opada w poniedziałkowy poranek z powodu telefonu z kliniki potwierdzającym to o czym starałem się nie myśleć i wyrzucać z głowy.

Na konsultację pojechałem bezpośrednio z nad wody. Następne tygodnie to kolejne badania takie jak trepanobiopsja szpiku, RTG, tomografia oraz PET. W wolnych chwilach wyskakiwałem na nasze okoliczne wody i powoli wydłubywałem kolejne wczesnowiosenne karpiki. W końcu wyniki i diagnoza.

Sprawa poważna. III stopień zaawansowania (w IV stopniowej skali) choroby, która już rozsiała się po organizmie. Leczenie zaplanowane już na kwiecień a więc około miesiąca do pierwszej chemii. Mocnej chemii która może nawet zabić…

Trzeba było się wziąć w garść. W końcu urodziłem się pod Tatrami i wychowałem z góralami. Tu nikt nie biadoli nad sobą. O nas – ludziach z gór można powiedzieć wiele, również negatywnych rzeczy, ale na pewno nie można nam zarzucić słabego charakteru. Na pierwszy rzut poszła dieta która wzmocni organizm przed chemią oraz powstrzyma rozwój choroby.
Zero cukru i wielu rzeczy które spożywamy na co dzień. Mięso 3 razy w tygodniu jedynie kurczak, indyk i cielęcina raz w tygodniu ryba poza tym kasze i warzywa pod każda postacią w dużych ilościach. Zdrowe oleje z oliwek i lniany. Orzechy, pestki z dyni, pestki z moreli. Oraz zioła takie jak czystek, ostropest, zielona herbata itd. Kawa tylko zbożowa. Rozsądne ilości nabiału. Naturalna witamina D i C w podwójnej ilości oraz wszelkie inne specyfiki obniżające zakwaszenie organizmu. Kolejny krok to treningi na świeżym powietrzu. Stopniowo się rozkręcałem tak ze przed chemią wszelkie nasze tatrzańskie dolinki pokonywałem biegiem robiąc trasy opisywane na 2 godzinny w 30-40 minut.

Oczywiście nie mogłem zapomnieć o karpiach. Wypady na krótkie zasiadki z marszu zaowocowały pięknymi kilkunastokilowymi kabanami. Dodatkowa motywacja i godziny spędzone na świeżym powietrzu.

Pierwsza chemia 23 kwietnia. Jakoś ją , choć przyznam że widok starszego Pana który dostał palpitacji serca podczas wlewu rytuximabu nie należał do budujących przeżyć. Kolejny dzień, a praktycznie już noc były znacznie gorsze. Jeśli jesteście sobie w stanie wyobrazić kumulację 10 najgorszych kacy w waszym życiu zebranych do kupy to mniej więcej odzwierciedla moje ówczesne samopoczucie…Tyle ze to nie koniec. Kolejne dni po chemii to Prednison (steryd wspomagający w leczeniu chłoniaków i białaczek) 5 tabletek dziennie którego do końca leczenia którego nienawidziłem ponieważ ma dużo działań ubocznych. W moim przypadku dodatkowe poza wywołanymi samą chemią problemami żołądkowymi ich podwójna kumulacja ale i totalne rozbicie

psychiczne. Oprócz Prednisonu 4 tabletki dziennie leku z programu badań klinicznych na które szczęśliwie udało mi się załapać. Badania kliniczne to również leczenie w ośrodku i wyjście po wlewach do domu. Takie szczęście w nieszczęściu.

Te leki przyjmowane o stałej godzinie w określonych odstępach od posiłków oraz skrupulatnie wpisywane do książeczki pacjenta, rygorystyczna dieta, cały grafik i karpie były moją drogą do życia lub jego ostatnimi chwilami.

Na ten rok planowałem sobie jakieś zasiadki na znanych wodach czy udział w zawodach. Tym czasem mój grafik wyglądał mniej więcej tak: Każdy czwartek Kraków i badania krwi lub chemia. Piątek po chemii zdychanie a później dochodzenie do siebie przez 3 tygodnie do kolejnego wlewu.

Dodatkowo 3 dni od każdej chemii to separacja od półtorarocznego synka któremu mógł zaszkodzić bezpośredni kontakt ze mną. Idealnym rozwiązaniem były więc wyjazdy na ryby. Dobra mina skierowana do rodziny sugerująca że czuję się dobrze i wyjazd nad wodę nad którą jednak faktycznie czułem się znacznie lepiej niż w domu. Pomimo paskudnego samopoczucia było to lepsze niż zatroskane miny najbliższych. Trochę wariactwo. Mój lekarz prowadzący jednak przymykał na nie oko. Jak duże wariactwo?

Ano dla nieobeznanych: mój schemat leczenia chemioterapią typu CHOP polega na zatrzymaniu wytwarzania przez organizm nowych komórek. Chodzi oczywiście o komórki rakowe, jednak hamuje pracę całego szpiku kostnego, zatrzymując również produkcje komórek odpowiedzialnych za walkę z chorobami.

Takie vabanqe. Prawdziwa wojna w organizmie oby do stanu, gdy istniejące zdrowe białe krwinki zwyciężą te wadliwe albo sayonara…
Schemat ten jest wspierany działaniem odwrotnym. Kiedy produkcja szpiku spada do niebezpiecznego poziomu (neutropenia) stymuluje się go zastrzykami z czynnikiem wzrostu białych krwinek.

W najbardziej obrazowym odzwierciedleniu tego schematu to jak zagaszenie ogniska wodą i odpalanie go po raz kolejny z użyciem benzyny. Jakie ryzyko niesie to w przypadku zasiadek karpiowych? Ano spadek odporności to możliwość infekcji z powodu byle bzdury. Bakterii, wirusa normalnie nie groźnego dla zdrowego organizmu, a śmiertelnie niebezpiecznego dla osoby o prawie zerowej odporności.
Jakiekolwiek zaniedbanie w higienie to realne zagrożenie życia. Realia biwaku nad wodą  nie są więc idealnymi do pobytu w czasie leczenia. Jest jeszcze parę innych niedogodności jak ryzyko poparzeń słonecznych podrażnionej przez chemie skóry itp. atrakcji. Koniec końców postanowiłem jakoś to wszystko ogarnąć.
Po prostu przygotowanie na zasiadki zajmowało mi 3 razy więcej czasu i skrócenie zasiadek do realnych 2 dni nad wodą. Wyzwaniem był wyjazd nad Liptovską Mare,  z której relacje mieliście okazje przeczytać (lub nie) na portalu CarppassionPRZECZYTAJ !!!!!!  Relacja jak relacja, jednak ten wyjazd wtedy był dla mnie prawdziwym wyzwaniem. 30 stopniowe upały które ciężko znosiłem to pestka. Z tej wycieczki przywiozłem też „przyjaciela” w postaci wbitego w udo kleszcza. W tym czasie jeśli byłby nosicielem boreliozy oglądałbym już kwiatki z perspektywy korzeni… ROSYJSKA, a dokładniej LIPTOVSKA ruletka.

Dlaczego zdecydowałem się Wam napisać tą historie i dlaczego teraz po 3 latach? Po pierwsze dopiero teraz, aby w tym karpiowym światku, który potrafi być nienawistny, nikt nie zarzucił mi, że próbuje się lansować na swojej chorobie…Niestety wiem że są tacy, którzy by to wymyślili. Po drugie chcę uzmysłowić Wam jak piękne jest nasze hobby. W ostatnich latach poznałem wielu wspaniałych ludzi pełnych pasji. Mój rok spędzony na leczeniu pokazał mi kto jest prawdziwym przyjacielem. Michał z którym rywalizowaliśmy wcześniej na każdym kroku potrafił przyjeżdżając z pracy z Niemiec blisko 600km na weekend poświęcić czas który powinien mieć dla rodziny, malutkiego synka, aby towarzyszyć mi w zasiadkach. Niesamowite. Wielu ludzi było przy mnie wtedy. Nie z litości ale z sympatii. W końcu zakończyłem leczenie z sukcesem.

Niesamowicie trafna diagnoza i dopasowany schemat leczenia to zasługa profesora Jurczaka. Reszta to przezwyciężenie własnych słabości, dyscyplina i ciężka praca. Stan ciała to jednak stan ducha. Wiem, że moja pasja była tu wielkim czynnikiem, który pomógł mi w walce z chorobą. Czas spędzony nad wodą odprężający umysł. Pokazujący na każdym kroku jak piękny i niesamowity jest świat przyrody i możliwość „zajęcia głowy” taktyką, aby złowić piękne ryby, to prawdziwa terapia umysłu który w obliczu walki o życie może zwyczajnie w którymś momencie nawalić.

Kończąc ten długi wywód chciałbym dać Wam krótki przekaz czym jest karpiarstwo, oczywiście moim zdaniem.

Dla mnie to niesamowita pasja, którą mogę dzielić z najbliższymi mi osobami, dzięki którym każda zasiadka jest niezapomnianym epizodem z mojego życia.

Moja „przygoda” ze śmiertelną chorobą dała mi niesamowity napęd do robienia wszystkiego. W życiu prywatnym, zawodowym,  jak i w moim hobby. Miałem niesamowite szczęście że udało mi się z niej wybrnąć. Miałem szczęście trafić na niesamowitych ludzi. Mam szczęście, że w tej chwili mogę spełniać moje marzenia i współpracować z ludźmi którzy są dla mnie a ja dla nich.

Jednak wiele osób nie ma tego szczęścia. Przegrywają z chorobą. Nie mają takiego wsparcia, czy hobby które pozwala „uwolnić” umysł stargany chorobą. Jeśli doczytaliście ten do tego momentu, to myślę, że prośba którą zakończę ten felieton trafi do Was.

Jeśli zobaczycie prośbę o wsparcie w leczeniu prowadzoną przez np. przez jakąś znaną fundacje dedykowaną dla kogoś, komu standardowe leczenie nie daje szans. Nie bądźcie obojętni. To może spotkać każdego z Was – Jak mnie. Nie przewijajcie takich postów jak spamu. Koszty leczenia nierefundowanego przez NFZ,  to czasem setki tysięcy złotych na pacjenta. Wasze kilkanaście czy kilkadziesiąt złotych równe pudełku kulek popup,  lub paczce haczyków może przyczynić się do wygranej przez kogoś walki ze śmiercią.

Taka niewielka cegiełka. Moje życie w tej chwili istnieje dzięki właśnie takim cegiełkom,  które w różnych aspektach budują mój każdy rok,  za co dziękuję.

Rak to diagnoza, a nie wyrok, więc nie spisujcie nikogo na straty. Jesteśmy wielką siłą ludzi którzy wielokrotnie pokazała, że potrafimy zrobić wielkie rzeczy. Jest wiele sposobów na pomoc. Może zawody charytatywne dla dzieci z oddziałów paliatywnych? Mamy wielkie możliwości. Wykorzystajmy je pozytywnie.

 

Dawid Starzyk

 

p.s

//////////////////////////// ADMIN ///////////////////////////////

Gdy tworzyliśmy ramę artykułu miało zakończyć je to zdjęcie z moim komentarzem. OD 3 godzin zbieram się by ten materiał podsumować.  Nie potrafię , nie zasłużyłem ……….zbyt wiele nie.

Dziękuję Dawid, że coś, aż wstyd się przyznać, nareszcie zrozumiałem.