SPOŁECZNOŚĆ

Zamknij
Podstawowe informacje
*
*
Siła hasła
Szczegóły profilu
Upload a profile picture
Take Photo
Upload photo
Take Photo
Upload photo
Take Photo
Profile społecznościowe

Królowa Wisła – KRON

„… jeśli w żaden sposób nie potrafisz o mnie zapomnieć,
zrób wszystko, abym ja sobie nigdy o Tobie nie przypomniał…”

 

W lipcu musiałem poważnie zweryfikować swój grafik karpiowy. Tak … jeśli coś takiego w ogóle może funkcjonować w naszym pojęciu to wszelkie terminy w nim zawarte straciły u mnie na swojej aktualności. Mało tego – większość z nich musiałem całkowicie wykreślić. Złość, totalna złość, aby nie nazwać tego dosadniej. W jednym momencie zrozumiałem, że moje plany na nadchodzącą jesień muszą zostać zweryfikowane o 360°. Tak też uczyniłem ale z biegiem czasu i nowym pomysłem złość ustąpiła zadowoleniu a następnie pełnej satysfakcji zwycięstwu.
Te wszystkie roszady pozwoliły mi zrozumieć, że w swojej karpiowej drodze doszedłem chyba do takiego momentu, w którym zrozumiałem, że … osiągnąłem wszystkie swoje cele.To może brzmi dziwnie, bo większość osób parających się tym hobby powie że cele nie kończą się – zawsze jest nowy. Być może, ale każdy kolejny plan okupiony jest wieloma aspektami. Zdrowiem, finansami czy barierami logistycznymi. Można to robić, ale ja osiągnąłem wszystkie jakie chciałem osiągnąć. Poza jednym, tym najważniejszym którego realizacja pochłonęła mnie bez reszty. Owszem – nie złowiłem trzydziestki, nie złowiłem czterdziestki … i nie złowię, bo nie to jest albo było moim dążeniem. Ale teraz? Po tym co mnie spotkało? Już nic nie muszę a tylko … jak mi się będzie chciało.
Pewnie zadasz pytanie – o co chodzi? To proste. Po wielu latach, z których doznałem wszystkiego – rozczarowań, złości, smutku, radości i euforii, moim jedynym dążeniem był spokój. I osiągnąłem go. Ja już nic nie muszę udowadniać. Ani sobie, ani nikomu. Nie muszę szukać przyjaźni, dobrych albo odwrotnie – z toksycznymi ludźmi bo poznałem gorycz rozstań z nimi. Nie szukam już swojego miejsca, bo miałem je pod nosem tylko byłem krótkowidzem. Wróciłem tam, gdzie już dawno powinienem być, ale dopiero ostatnie lata i ten wspomniany lipiec ułatwiły mi to.
Łowiłem i nadal łowię ryby wszędzie. Na każdej wodzie. Czy to woda wolna od komercyjnego smaczku czy zbiornik, gdzie zawiadowcą jest dobry gospodarz PZW. Czy to w pełnej prywacie czy też w firmowej odsłonie z logiem na czapce. Penetrowałem te małe, większe i ogromne akweny. Sam, czasem w towarzystwie. Na każdej z nich udawało mi się prędzej czy później złowić. Duże i małe. Z każdej wyprawy wyciągałem wnioski a wciągu lat na ich podstawie minimalizowałem błędy i zmieniałem oraz korygowałem wiele rzeczy. Gdybym chciał łowić te naprawdę ogromne oparł bym swoje karpiowanie o jeden ogromny wyjazd w ciągu roku za duże pieniądze do wybranej mekki karpiowej. Miałbym satysfakcję? Miałbym, ale co dalej po złowieniu 30+ albo 40+? Nic. Zapadł bym się w bagno osobistego sukcesu, którym zamiast się dzielić i cieszyć musiał bym dzierżyć przed sobą i sam dla siebie. Nasza natura jest taka, że nie potrafimy cieszyć właśnie z cudzych osiągnięć i są one z reguły tematem do hejtu w dzisiejszych czasach. Jeśli nie hejt to przynajmniej swojskie uszczypliwości pełne zazdrości.

Powiedziałem, że osiągnąłem wszystko co chciałem. Do tego momentu, gdyż do pełni szczęścia brakowało mi tylko sprawdzianu nad rzeką. Całe lata uganiałem się za sukcesem w karpiowaniu wszędzie, ale gdy widziałem właśnie rzeki i ich meandry zastanawiałem się co by było gdybym spróbował. Nie było czasu albo pogoń za grubym „zwierzem” pchała mnie tam, gdzie było o niego łatwiej. Ta jesień zmieniła to całkowicie. Kiedyś nieźle szło mi na Odrze, gdy próbowałem łowić sumy. Przy okazji nie pozbawiałem się szans na karpia lub amura, ale to były krótsze lub bardziej dłuższe epizody. Nadszedł czas prawdziwego wyzwania.

Długo przeglądałem stare papierowe mapy które posiadam a w dobie nowych technologii wujek Google pozwolił mi zmniejszyć zakres poszukiwań. Wytypowałem trzy miejsca, w które musiałem udać się na rekonesans. Od tej chwili marzenia o wiślanym karpiu stały się rzeczywistością. Plan polowania na kolosa z rzeki wprowadziłem w życie ale tak naprawdę chciałem tylko złowić swojego wiślanego karpia. Nakręciłem się niesamowicie. To było tak mocne, tak silne, że zanim pierwszy raz usiadłem na brzegu z wędkami przed sobą kilka razy urządzałem sobie długie spacery w miejsca, gdzie miałem rozpocząć polowanie. Nie byłem pewny wyniku, ale byłem pewny, że chcę właśnie wziąć karpiowy „ślub” z królową polskich rzek. Przestałem myśleć o łatwym karpiowaniu i z uporem maniaka powracałem nad Wisłę, aby wsłuchiwać się w odgłosy przyrody a w ramach rozpoznania zakarmić wytypowane miejsca.Nocami już śniłem o rybach z Wisły. Czekałem, kiedy ziszczą się marzenia, pragnienia? To był magiczny czas w którym czułem się jak w amoku. Każdy powrót nad brzeg to wkraczanie w świat kolorów i magii.Omamił mnie ten pomysł i nie mogłem już zatrzymać tej machiny.

Próby, testy lokacji, podejścia i sama logistyka to było to co chciałem dopracować do perfekcji i do minimum. Do perfekcji sposób dostania się na miejsce a technicznie zasób sprzętu abym nie koczował a w miarę ludzkich warunkach obozował. To pierwsze akurat jakby się ktoś pytał nie jest łatwe i wymaga naprawdę wielu prób. Bez tego nadal nosił bym tony sprzętu, ale znalazłem na to sposób choć tego nie opiszę go z prostego powodu. Znam ludzi, szczególnie tych z własnego podwórka, którzy poszukują taniej i prostej metody nie tylko na sukces. Ty byś powiedział? Nie sądzę.
W domu na wszelkie sposoby próbowano wybić mi z głowy pomysł łowienia na Wiśle. Postawiłem jednak na swoim i tak w pewien jesienny pogodny dzień, znalazłem się w RAJU. Niebezpiecznym, ale zarazem pięknym jak żadne inne miejsce, w którym do tej pory łowiłem. Śniłem o nim a teraz mogłem realnie w nim tkwić i rokoszować się ciszą. Nikt nie widział więc nikt nie pytał. Cisza i spokój.

Pierwsze podejście – rozpoznanie pogodowe na kilkanaście dni do przodu i podzielenie wypadu na dwie tury. Nie liczyłem przecież że zaraz złowię i muszę zapłacić frycowe, ale pamiętałem aby na wypadek porażki nie odpuszczać i gotować, jeździć i nęcić.

Sukcesywnie nawet kiedy popadało albo porządnie lało. Miałem okazję zobaczyć, kiedy deszcz mogę przeczekać, a kiedy ewakuować się z miejscówki. Podobała mi się cofka spowodowana podniesieniem śluz na zaporze w Goczałkowicach. Wisła po prostu stanęła powierzchownie, aby dołem wpychać swój nurt w koryto. Cudowny obraz i cudowna chwila, gdy nęcisz i cały czas zastanawiasz się co cię spotka. Bez łódki z echosondą a tylko … Nie ważne. Zasypane więc czas zacząć zasiadki.
Miałem ogromne nadzieje a z emocji przebierałem nogami jak mały dzieciak drący się, że chce lizaka. Cieszyłem się jak nigdy dotąd. Nie jesteście wstanie wyobrazić sobie tej ciszy, tego bezruchu w dzień i tego nowego świata jaki odkryłem nocą. W dzień przelatujące bezgłośnie ogromne myszołowy które w oddali miały swoje rejony polowań a w nocy profesorka sowa, która swoim hu huuuu oznajmiała, że pilnuje okolicy. Ogromne bobry które pływały przede mną mając moją obecność za nic. Jedna noc chrupania z ich strony i moja droga odwrotu zawalona. One były u siebie, ale nie dokonały zemsty na mnie. Tam ludzie jest tak pięknie, że długo zastanawiałem się po co mi były te wszystkie lata do tej pory. Były potrzebne do takiej właśnie refleksji, aby coś zmienić, coś skończyć a coś rozpocząć. Teraz wiem czego chcę w przyszłości. Gdzie spędzał będę jesienne dni, wieczory, noce i poranki.

Tutaj nie ma spektakularnych spławów, ale jak cierpliwie czekasz to dane będzie ci zobaczyć grzbiet, który w oddali pokazał się to tu to tam. Opuszczona kopara na długie minuty. Totalne zdziwienie, ogromna nadzieja. Chciałem ją mieć i zrealizować. Lady Wisła – ona i ja. Nie dała mi się rozczarować, kiedy po raz pierwszy od wielu dni przygotowań włączyłem swoje sygnalizatory. Pierwsza pełna noc z duszą na ramieniu. Okolica ożyła i z każdej strony atakowały mnie odgłosy mniej lub bardziej tonalnie brzmiące jak z horroru. Poznałem też szybkich gości z długimi ogonami jak pręty,którzy z dnia na dzień ignorowali mnie, że jestem, ale ja miałem ich na uwadze i ich zapędy w stronę mojego jedzenia.

Noc – ciemna i jak cicha tak i głośna. Przyjazna i budząca strach. Siedzę i czekam, dusza obok mnie. Siedzimy. Teraz wypadało by powiedzieć zagraj wreszcie, jedź jedź wreszcie! Tak się nie da, nie ja tutaj rządzę. Poznałem pierwsze uroki nocy bez emocji. Nastał nowy dzień. Spacer po rejonie i rozpoznanie jak zmienił się teren, bo przecież coś lub ktoś w ciemnościach grasował. Jakieś ślady i jakieś oznaki, że ktoś tu mieszka poza mną. Niedźwiedź to nie był, ale zmysły choć stare zostały wyostrzone i ustawione z większą ostrością na kolejne dni. A dzień krótki to i mija szybko. Nie jest nawet nudny, bo wciąż napawam się kolorami prawdziwej polskiej jesieni. Obserwuję moje miejsce, ten zwalony konar i oberwaną ogromną połać brzegu, który stworzył przepiękne wyjście z dna. Z głębokiego dna na sześciu metrach do wymarzonej łachy na dwóch. Książkowa, bankowa? Tak. Wytypowałem bez błędu, bo drugiej nocy mam pierwsze branie.
Błysk i dźwięk w jednym. Wiecie, że zabrałem centralkę śpiąc dwa metry od wędek? Kiedyś spałem tak często a teraz zabezpieczam się jak stary dziadek z wygodami hotelowymi. Sygnał zagrał jednym krótkim pik. Prędkość zrywu zachrupałą moimi starymi kośćmi i już byłem nachylony nad wędką. Oczekiwałem roli? Idiota hahahaha. Drugie pik po kilku minutach i miałem wzrok bardziej wyostrzony niż profesorka sowa. Błękit diody zgasł. Ostatnie pik dużo dużo później, ale mimochodem świecę na szczytówkę wędki a ta …. wywalona w bok i wygięta jakby ktoś bat naginał. Wiedziałem, że zestaw z dużą kulą i dużym popkiem ciągnie kaper. Podniosłem kij i opór i pierwsze terkotanie szpuli. To nie hol. To trzymanie tylko kija i kontrolowanie oddawanych metrów. Jeden drugi i kolejny. Nie miałem okazji odebrać nic z powrotem. Ryba zawróciła i zaparkowała pod wspomnianym konarem. Nie dało się nic zrobić mimo tego wiedziałem jedno. Bez kamery i echa wiem, że tutaj są ryby. Są moje upragnione karpie i proooooszę niech weźmie jeszcze raz, choć jeden.

Kolejna ciemna noc. Ciemna jak d…a diabła którą znowu rozświetla sygnalizator. Już wiem, że tym razem nie mogę odpuścić tak jak wcześniej. Drugie pik i już nie czekam na kolejne, aby Squidos wpadł głębiej pod zęby gardłowe. Zacinam. Opór podobny jak przy pierwszym braniu ale jazda w drugą stronę. Tutaj więcej swobody i brak potencjalnych zaczepów. Krótki marsz po brzegu i powrót pod podbierak. Kilka pomp i kilka drobnych zrywów. Trzęsę jednak nogami i odmawiam jakąś mantrę w stylu – daj, daj teraz daj. Pozwoliła podebrać pierwszego, jesiennego karpia. Złoty, pełnołuski i długi koleżka, który z mojej ręki otrzymał pierwsze kłucie w dolną wargę. Moja radość jest ogromna, rozpiera mnie duma i jestem szczęśliwy jak nigdy. Dałem radę.
Tu mogła by się zakończyć ta opowieść, czy jak kto woli relacja. Złowiłem swojego wymarzonego karpia. I to wszystko? O tak? Nie – podbiłem jeszcze kilka razy w to miejsce. Nie spocząłem na laurach, tym bardziej że nadal miałem możliwość,którą chciałem wykorzystać, ale kończył mi się pomału czas jaki dałem sobie na ekspansję Wisły tej jesieni. Po raz kolejny więc pojechałem zanęcić i łowić. Poległem z kretesem. Zero brania. Kolejny raz to samo choć widziałem ponownie grzbiet raz i drugi. Nasłuchiwałem, czekałem i starałem się być czujnym. Nie odniosłem kolejnego zwycięstwa. Postanowiłem odczekać. Pojawiałem się na swoim miejscu z wiadrem futru. Po pracy długi spacer brzegiem i zasypywałem stołówkę. Rzadziej, ale w miarę regularnie.
Ostatni pobyt w tym sezonie nad rzeką. Ostatnie cztery dni. Przygotowałem się do tego mentalnie. Z reguły bywa tak że jak się bardzo chce to nic z tego nie wychodzi dlatego postanowiłem, że muszę się wyciszyć i spróbować podejść do tego wypadu na totalnym luzie. W końcu złowiłem już swojego wymarzonego karpia i odpowiedziałem sobie na pytanie czy one tam są? Są i będą.
Mój finisz łowienia i ta zasiadka … to wręcz bajka, w której nie ma złych bohaterów. Znam tylko kilku ludzi, którzy nie boją się wyzwania jaką są rzeki i potrafią się na nich realizować. Mają u mnie za to ogromny szacunek. Znam też kilku karpiarzy którzy powinni być wzorem do naśladowania a ja ich podziwiam. Ich samozaparcie i wytrwałość potrafią motywować. Wziąłem sobie to do serca i po raz ostatni tej jesieni rozstawiłem swoje kije nad brzegiem rzeki. Ja i ONA. Kwestia czasu ktoś powie. Kwestia czasu, aby złowić. Może, ale chyba bez wiary, że to może się udać to kwestia słaba. Bez wytrwałości i jak wyżej wspominam – samozaparcia. Miałem spore nadzieje, ale podszedłem do tematu bez zbędnych emocji.

Trafiłem kolejnego karpia. Tym razem rutynowo – krótki hol, podebranie i jest, ale to dopiero kolejne branie, gdzie zagrał sygnalizator raz i dogrywał co kolejny terkot szpuli było braniem, którego mogę po raz drugi w życiu już nie mieć. Przyklejony pod blank swinger i terkot raz po raz aż do momentu podniesienia wędki. Opór, który w momencie spowodował, że zmiękłem po całości a na twarzy pojawił się chłód, bladość i pierwsze krople potu. Drżenie, po prostu drżenie i hol i ten majestatyczny ruch na końcu. Cielsko które nie ucieka, ale wagą nie pozwala na gram swobody. Wyobrażałem sobie jak leniwie pod wodą odpycha się płetwą ogonową, aby za moment przewalić swoje ciało z powrotem. Jak ogromnymi oczyma patrzy za siebie układając się na boku i ciągnąc zestaw. Takie chwile trwają wiecznie. Takich chwil życzył bym sobie więcej, ale póki co trwam w tej która nie chce się skończyć. Podniesienie takiej ryby w górę pokazuje, ile jest wstanie wytrzymać mój Tribal. Granie żyłki kończy się wreszcie, bo po przelotce szczytowej zaczyna przesuwać się strzałówka. Zawijam pierwszy zwój i liczę kolejne. Tak się nie da – to było by za szybko? Zgadza się bo przeciwnik nurkuje mozolnie w otchłań. A gdyby ten nurt był żwawszy? Nie chcę wiedzieć co by mogło się wydarzyć. Ostatnie wychylenie wędki w tył i widzę wreszcie co będę podbierał. Nic piękniejszego nie mogło mi się przytrafić. Nagroda a może to wdzięczność za wysiłek?

Może. ON jest wręcz majestatyczny w swojej wielkości. Wyciągam sztycę i podkładam kosz podbieraka pod ogromne cielsko, pod przepięknego i ogromnego lustrzenia. Nie liczyłem, że ta ryba trafi mi się tak ogromna i tak mocna, ale nie mam już w tej chwili miary w oku tylko prawie szczere łzy. Próbuję zgadywać … 17, 19 może 20 albo lepiej? O tak będzie lepiej. Kiedy kładę go na macie widzę, że odpoczywa a ja klęczę i łapię z emocji głębokie oddechy. Taki hol, taka ryba przytrafiła mi się po prawie 20 latach karpiowania. Waga…szukam wagi. Podnoszę w górę całą matę wraz z rybą. Nie wierzę. To nie dzieje się naprawdę. Drugi raz i kolejny … i ten szczery i chyba mój najgłośniejszy okrzyk radości jaki zmęczony mogłem z siebie wydać. Z dłońmi skierowanymi w niebo pełnym gwiazd wołam … MAM SWOJĄ RYBĘ ŻYYYYYYYYCIAAAAAA. To jest ten karp, który ma pod sobą wszystkie inne złowione do tej pory. Te duże te wielkie … WSZYSTKIE.
Kiedy zwracałem mu wolność kilka dobrych chwil trzymałem go tak jakbym mu coś chciał powiedzieć. Szczerze zastanawiałem się czy coś w takiej chwili można mówić. Ja chyba chciałem żeby mógł zostać na dłużej. Rozświetlona najjaśniej jak się dało woda od mojej latarki pochłaniała pomału mojego ogromnego przyjaciela. Chwilo trwaj. Zatoczyłem ogromne koło w tym moim karpiowym żywocie a kiedy doszedłem do siebie, paradoksalnie zadałem sobie teraz pytanie … KRON i co teraz?

 

hmmmmm – jakoś to będzie (ELredaktore)

 

KRZYSZTOF “KRON” JAROS