SPOŁECZNOŚĆ

Zamknij
Podstawowe informacje
*
*
Siła hasła
Szczegóły profilu
Upload a profile picture
Take Photo
Upload photo
Take Photo
Upload photo
Take Photo
Profile społecznościowe

Moja Droga – Bartosz Rejnowski – ACTeam

Nie pamiętam dokładnie jak to się zaczęło. Gdyby się dobrze zastanowić i pogrzebać we wspomnieniach, to wydaje mi się, że początki miały miejsce na wakacyjnych, rodzinnych wczasach. Czy wtedy zacząłem wędkować ? Nie, wtedy zacząłem chodzić na ryby – tak to nazywałem. Miałem jakieś 7 lat, ciężki, czechosłowacki spinning z metalowym spigotem i akcją typowo szczytową – jak trzonek od miotły… Kawałek żyłki przywiązany „supełkami” do przelotki startowej, ręcznie robiony i malowany spławik, ołów z taśmy i haczyk z soczystym gnojaczkiem. Oto przepis na pierwsze sukcesy w „łapaniu” ryb. Zapewne brzmi to znajomo dla większości z Was.  Któż tak nie zaczynał ? Start w iście gliździarskim stylu ! Wędkowanie zaczęło mnie pochłaniać. Nie mogłem się doczekać następnych wakacji. Później kolejnych…

Wędkarstwo jest częścią mojego życia od 30 lat. Skosztowałem przez ten czas większości technik. Była spławikowa rekreacja, pierwsze techniki gruntowe. Było 10 lat startów zawodniczych, nawet z niezłymi efektami. Były sandacze na gumy, wędkarstwo morskie. Była pogoń za sukcesami…

Kilka lat temu wracając z zawodów spławikowych, spoglądając na leżący obok kolejny puchar do kolekcji, zacząłem się zastanawiać… Po co mi to ? 500 km drogi, godziny przygotowań, wiele dni treningów, a na wadze 800 gram płotek, które można schować w dłoni. Przecież wygrałem ! Była adrenalina, skupienie, walka o każdą sekundę. Tylko gdzie w tym wszystkim są ryby ? Do wody szło więcej jockers’a niż miałem ryb na wadze ! Koniec… Chcę wrócić do wędkowania. Tęsknie za kapeluszem na głowie, za szumem trzcin, za wschodem słońca, za cmoknięciem lina w liść lilii… Co mam ? Losowanie stanowisk, walkę w 30-stopniowym upale z kilkudziesięcioma, tak samo zwariowanymi ludźmi jak ja. Walkę o gramy uklejek lub o jedno branie większej ryby. Mówię dość…

Tak zaczęła się moja przygoda z karpiami. Najpierw z mniejszymi, łowionymi głównie tyczką na zestaw skrócony. Niesamowite doznania… Potrafiłem jeździć 4 razy w tygodniu na „wieczorynki” ze świetlikiem. Kilkanaście karpi w 2 godziny, na pobliskich torfowiskach, nie było wielkim wyzwaniem. I co ? Mało… Apetyt rósł ! Zaczęły się próby przechytrzenia coraz większych ryb, inwestowanie w coraz mocniejszy sprzęt. Potrafiłem zatrzymać 13-metrową tyczką karpie przekraczające 10 kg !!! Wreszcie łowię piękne ryby 🙂 Myślę, to jest to ! Jednak nie… Tych największych ryb nie udaje się zatrzymać, coraz częściej tracę haki, pękają, rozginają się, nie wytrzymują zestawy.  Żal ryb, zauważyłem, że małymi, cienkimi haczykami tnę im podniebienia. Odpuściłem… Choć nadal lubię zaraz po zejściu lodu zapolować na te mniejsze egzemplarze 🙂

W międzyczasie sprzęt typowo karpiowy był już skompletowany. Zacząłem pewnie jak każdy, od pobliskiej komercji. Ta moja jest naprawdę urocza i kameralna. Zadbane ryby, cisza, położona pośród pól, pełna starych drzew. Nadal lubię ją odwiedzić. W kolejnym kroku wyjazdy na polskie, topowe łowiska. Pierwszy wyjazd dał ponad 19 kilogramowy okaz, kolejny grubo ponad 20-tka ! Myślę sobie – łatwo poszło… Czym Ci ludzie się tak podniecają? Jaki to problem przekroczyć tą niby „magiczną” granicę? Recepta jest banalna, jadę tam gdzie jest ich 100 czy 200 sztuk i łowię, którąś z nich :). Jeżeli nie wiesz jak, służę radą, mnie się sprawdziła – wyciągasz z pudełka kuleczkę, która TOBIE się podoba, musi koniecznie „fajnie” pachnieć, na szczęście pełno takich w sklepach:))), zakładasz na włos, walisz zestaw z całej siły przed siebie. Czekasz godzinę i już ! Czasami są odstępstwa, niekiedy trzeba poczekać 2-3 godziny, także trochę cierpliwości. Wytrzymasz… 🙂 Tak przeleciały mi 3 karpiowe sezony. Nie mogę powiedzieć, że źle się bawiłem. Łowiłem ryby, spędzałem czas z przyjaciółmi. Czasami robiłem zdjęcia na tle choinek…

I wreszcie stało się.. COŚ ! Właściwie pojawił się KTOŚ, kto pokazał mi swój karpiowy świat i momentalnie mnie nim zaraził. Wody PZW. Nie znoszę tej nazwy, nie wiem dlaczego, ale mam z tym skrótem jakieś negatywne skojarzenia. Brzmi jak Lord Voldemort z Harrego Pottera. Brrr… Nie wolno tego wymawiać. Jezioro. Chyba tak bym to nazwał, wędkuję w jeziorach. Proste, nie ? Nie ma dla mnie większego znaczenia, czy dzierżawcą akwenu jest związek, czy gospodarstwo rybackie. Oba podmioty prowadzą podobną politykę – opłacam licencję, a w zamian mam nic… Przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać :))).

Zmieniło się wszystko… Począwszy od planowania wyjazdów, wyposażenia bagaży, przynęt i zanęt. Nie „bukuję” już karpiowych wyjazdów, nie muszę śledzić, które stanowisko dawało brania i o jakiej porze roku. Wędkarstwo przestało być u mnie datą w kalendarzu, wpisaną pół roku wcześniej. Przestało być cholernym numerkiem stanowiska ! W torbie 4 zapachy kulek, którym ufam, do tego obowiązkowo kukurydza i orzech. Okazuje się, że zamiast pięćdziesięciu pudełek i wielkiej torby, wystarczy mały kuferek, oczywiście ze swoim ulubionym logo… 🙂 Jeżeli zaczynasz teraz przygodę z łowieniem karpi, to nie będę Cię przekonywał czy namawiał. Tak czy tak kupisz wszystkie nowości, które pojawiają się w reklamach i filmach promocyjnych. Tak jest zawsze. Później będziesz sprzedawał napoczęte słoiczki i paczki na jednym z wielu, znanych portali aukcyjnych. Co tu daleko szukać, zrobiłem dokładnie tak samo… 🙂 Teraz zamiast tysięcy słoiczków wożę w torbie porządną lornetkę. Polecam. 20 pudełek „superłownych”, najlepszych na świecie, złotych kulek kosztuje tyle samo, co podziwianie piękna świata w przybliżeniu. Ryba jak będzie, to jak na złość pojedzie na zestaw z gumową kukurydzą :))))

 

Nie chcę mówić, że dziś karpiarstwo to dla mnie obcowanie z pięknem natury, wschody i zachody słońca, poranny śpiew ptaków, że ryby nie są najważniejsze. To bzdury i populistyczne hasła. Karpiarstwo, to karpie. KARP jest najważniejszy ! Reszta to tylko dodatek. Piękny, ale jednak dodatek. Gdybym chciał słuchać ptaków, to bym się zajął ornitologią… 🙂 Oczywiście uwielbiam wędkować w dziczy, z dala od ludzi. Tylko… Tylko dzikość natury to także kaczki i łabędzie, które wyżerają Twój towar z dna. Wszędobylskie mrówki, który jak się zgadają i zorganizują, to Cię z łóżka nad ranem zrzucą. To pająk zjeżdżający na nici na Twoją twarz, niczym główny bohater Mission Impossible. To komary, choć czasami mam wrażenie, że to jednak MOSKITY, które taktykę nalotów mają opanowaną niczym Japończycy atakujący Pearl Harbor. To wreszcie dziki, kleszcze i nocne dźwięki, które mnie czasami przerażają… 🙂 Może dlatego, że nie wiem jaki zwierz je wydaje.

Łowienie w jeziorze, to także komfort przy rozbijaniu obozu. Wiecznie brakuje materiału w namiocie, żeby sięgnąć śledziem do ziemi, bo teren taki, że można rozbieg skoczni narciarskiej budować. Rewelacyjne drogi dojazdowe, polecam szczególnie auta z niskim zawieszeniem. Ja swoim „rodzinnym” autem byłem 2 razy – pierwszy i ostatni… 🙂 Rewelacyjna jest też zabawa w berka ze strażnikiem leśnym, takie „leśne” podchody. Jak to zwykle bywa – tam gdzie najlepiej, to nie wolno wjechać, nie można dojechać, albo jest jakiś inny zakaz.

Rybostan. Temat – rzeka… Średnia na poziomie karp na 5 hektarów. Zakaz zarybień, wszędobylskie mięsiarstwo i kłusownictwo. Nieliczni wędkarze wypuszczający ryby do wody, z czego część wypuszcza, ale nie do tej samej… Dramat.

Jest tyle wad i przeciwności. Dlaczego nie jechać na profesjonalne łowisko, gdzie standardem zaczyna być prysznic, sklep, wi-fi… Nie ukrywam, lubię wygodę i komfort. Co takiego ma w sobie wędkowanie w jeziorze, czego nie da nam komercja ? Gdzie jest zasadnicza różnica ? W moim odczuciu jest to swego rodzaju TAJEMNICZOŚĆ. W tym miejscu mogę postawić pytanie – w ilu jeziorach ogólnodostępnych może pływać Rekord Polski ? Czy to nie działa na nas jak magnes ? Wiem, że dla każdego z nas, waga nie jest najważniejsza, jednak wszystko ważymy, notujemy, analizujemy… 🙂 Mamy w genach zakodowaną rywalizację, chcemy być najlepszym, wygrywać. To nic złego. To dobra cecha.

Właśnie w tym odnalazłem swoją nową drogę w wędkarstwie. Nie ma dla mnie niczego piękniejszego, niż poranny spław karpia w łowisku, które było typowane i nęcone od tygodni. Wrrrrr

eszcie się pokazał ! Dał mi znać, że jest. Jak jest ten, na pewno są inne ! Teraz ważny jest zestaw, idealnie ostry hak, pasujące ciśnienie. Jest tak dużo detali, które zdecydują o sukcesie lub porażce. W miarę nabywania doświadczenia, coraz więcej zależy od nas, a coraz mniej od przypadku. Karpie z głębokich, czystych jezior są niesamowicie silne, to istne dzikusy. To widać po ich budowie. Często smuklejsze, z wielkimi płetwami ogonowymi. No i pyski… Wielkie, masywne i mięsiste, najczęściej bez śladu haka. Nigdy nie będę wiedział jak duża będzie kolejna ryba, ponieważ jeziora są nieprzewidywalne. Ryby nie mają swoich imion, są niespodzianką i jednocześnie nagrodą za trud włożony w ich przechytrzenie. Na swoją pierwszą rybę, na pierwszy sukces czekałem wiele miesięcy. Chyba nigdy się tak nie cieszyłem. Większą radość dała mi tylko córka w dniu narodzin.

Spróbuj swoich sił na pobliskim jeziorze, na początek niedużym. Zacznij od wyjazdów z krzesełkiem i lornetką. Szukaj oznak bytowania ryb. To wcale nie jest takie trudne. Potrzeba tylko chęci i przede wszystkim konsekwencji. Życzę każdemu, aby spotkał tak wspaniałych ludzi na swojej wędkarskiej ścieżce jak ja. To dzięki nim przez te 30 lat wszystko działo się szybciej.

Dziś na nowo odkrywam wędkarstwo. Dziękuję Darku, że zaprosiłeś mnie do tego wspaniałego świata…

 

Bartosz Rejnowski #ACTeam