SPOŁECZNOŚĆ

[userpro template=register]

Nagykallo – europejski cukierek

Mariusz mówił o tej wodzie tyle że prawie rok czekałem, aby upewnić się, że nie czaruje. Nic tylko jedziemy i jedziemy no i w końcu dotarłem. Nie czarował. 18h urokliwego lustra wody z siedmioma wysepkami, przepięknym krajobrazem sadów z jabłoniami dookoła i tujami przy drogach dojazdowych oraz fantastycznymi warunkami pobytu. Woda typowo komercyjna, ale ze smaczkiem dzikiej natury. Nasz 4 dobowy turnus był dla mnie w tym roku najpiękniejszą wyprawą na karpie. Jak każdy miałem nadzieję na ogromne ryby jednak sam pobyt odcina to myślenie, odcina parcie na rekordy i powoduje,że czujemy się jak na wczasach. Dla mnie te kilka dni nad Nagykallo było krótkim rekonesansem, bo po pierwszym dniu wszyscy zaczęliśmy planować tam kolejną wyprawę. Nie skończyła się pierwsza a my już tam chcemy ponownie być, łowić i podziwiać krajobrazy.

Jak tam jest? Krótko – przepięknie. A jak z warunkami – stanowiska jak w dobrym hotelu a cała infrastruktura dookoła zadbana i rozplanowana wzorcowo. Stanowiska do wędkowania przygotowane jak nigdzie. Domek (obszerne i schludne) na każdym z nich wyposażono w dwa piętrowe łóżka, lodówkę, mikrofalówkę, regały oraz klimatyzację. Ona jest za dopłatą, ale w upały jakie tam panują warto w nią także zainwestować. Domki oczywiście standardowo posiadają podciągnięty prąd więc bagaż akumulatorów można zminimalizować na maksa. W pobliżu domków miejsce na grill lub ognisko oraz przygotowanie smacznego kociołka. Na każdym stanowisku kosze na śmieci oraz baniak świeżej wody. Codziennie jest ona wymieniana przez obsługę łowiska. I bardzo ważne – łódka.

 

Do dyspozycji na miejscu mamy możliwość bezpłatnego korzystania z prysznica. Oczywiście gusta można także zaspokoić także restauracji, która także znajduje się na terenie łowiska. Jeśli chcemy zrobić drobne zakupy niedaleko można odwiedzić dwa małe markeciki. Ceny nie są wygórowane i świeże warzywa owoce i pieczywo możemy zakupić na miejscu. Jeśli jednak chcemy zabrać ze sobą większą ilość żywności jest ją, gdzie przechowywać.

A teraz jak łowimy. Stanowiska na brzegu i te na wodzie są od siebie znacznie oddalone.Na każdym duża kołyska i stojak do ważenia ryb. Miejsca są dyskretnie oznaczone, dlatego każdy od razu widzi jaka jest jego strefa do obławiania. A te strefy nie są małe. Odległość od brzegu do wysp czy przesmyków nie powala, ale obszar łowiecki mamy spory.

Nasze zestawy stawialiśmy nawet pod trzcinami boi i tam następowały brania. Sondowanie nie jest męczące i można je ograniczyć do obstukania dna tyczka lub stukadłem. Dobry efekt daje położenie zestawów na granicy twardych stref dna z miękkim osadem. Przed wyspami znajdują się nawiezione kamienie, zresztą wyspy sztucznie usypano. Można swobodnie łowić na trzy kije i mamy małe prawdopodobieństwo splątania.

 

Teraz część właściwa naszego wyjazdu. Każdy łowił na swoje przynęty, ale wspólnie ustaliliśmy, że bazą zanętową stanowić będą przygotowane wcześniej orzechy tygrysie. To dość popularna a wręcz wiodąca zanęta, którą węgierskie karpie bardzo polubiły. Pod naszymi markerami raz dziennie pływając dokonywaliśmy obsypania miejscówek. Reszta pod każdy „włos” to niewielka łopatka miksu orzecha, pelleciku i kruszonych kul.

Zaczynamyyyyyyyyy. Woda obfituje w duże ryby. Mnie osobiście największą moją rybę udało się złowić w drugi dzień. Podoba mi się jedno. Kilkanaście złowionych sztuk i nic poniżej 14 kilogramów. Chyba mój Adderowski Sport+ na włosie kusił te większe od początku. Nasza ekipa złowiła łącznie kilkadziesiąt karpi z czego największą rybą był golec Marcina o wadze 18kg. W ogóle nie martwiło nas to, że te 20+ i 30+ nie wylądowały w naszych kołyskach, ale każdy z nas zaliczył hol, gdzie na końcu był wleczony PAROWÓZ. To nie jest frycowe z naszej strony. To był wygięty hak lub złamany na kolanku albo wyjechanie za zatopione drzewo lub jazda nie do zatrzymania. To były chwile, kiedy stawaliśmy na pomostach z otwartą koparą i dyszeliśmy jak po długim biegu. Serca waliły jak oszalałe i czasem nawet pokazywał się smutek z porażki. Nadzieja na ogromną rybę jest zawsze. To jest właśnie ten impuls, który pcha nas tam ponownie za rok. Artur ma szczególny powód, bo jego ekstra dołek sukcesywnie dawał brania. Napracował on mi się na tej szteli oj napracował.

Przeżywaliśmy chwile tryumfu, chwile smutku – to wszystko z czym kojarzy się właśnie karpiowanie, ale za każdym razem było fantastycznie. Przy okazji magicznych holi mieliśmy okazję drażnić nasze podniebienia pysznościami z kociołka jakie przygotował Mario. Facet ma dryg kulinarny. Ważna część jego rytuału nad wodą to śniadanie. Codzienne posiłki dodawały sił. Dzięki brachu – to było pyszne.

Kończąc nie będę opisywał dramatów holu czy emocji. Było ich naprawdę dużo. Warto jechać te kilkaset kilometrów, aby poczuć się jak na atrakcyjnym urlopie. Poczuć moc węgierskich karpi i mieć nadzieję na złowienie ryby życia. Smuci mnie jedynie fakt, że nie mam już kulki Sport+ a i mój Elite zaczyna się kurczyć a przede mną jeszcze dwa ważne wyjazdy. Prezesie …. RATUUUUUUUUUUUJ.

Krzysztof “Kron” Jaros