SPOŁECZNOŚĆ

[userpro template=register]

“Odwrócony” – Kron

„Smutno cieszyć się w samotności …

ale jaka ta radość jest szczera, prawdziwa i niezapomniana”

 

Zastanawiałem się co jest przyczyną, że to całe karpiowanie coraz mniej mnie bawiło, że z zasiadki na zasiadkę czułem wewnętrzne wypalenie. Ostatnimi czasy moje karpiowe wypady okraszone były wręcz niechęcią do naszego hobby. To wszystko było poparte rutyną i takim samym podejściem, wręcz nudnym. Na poprawę tej sytuacji był tylko jeden sposób. Spektakularne zmęczenie holami. Zmiana otoczenia i wyjazd w rejon, gdzie ostatni raz łowiłem kilka lat temu. Postanowiłem to właśnie wdrożyć w życie.

Kiedy pakowałem sprzęt nikt mnie nie pytał jak kiedyś, ile zabrałem piwa i z kim będziemy się bawić nad wodą. Nikt nie miał prawa zepsuć mi brania ani holu, bo sam miałem zmagać się z wyzwaniem. Wreszcie nikt nie mógł spowodować,że moje myśli kierowałem na niepoprawne tory życia. Ten wyjazd, ta wyprawa dał mi power na dobre kilka lat do przodu … na długi, długi czas. Sam byłem reżyserem i aktorem tego przedsięwzięcia.

Przygotowałem się perfekcyjnie. Nie zapomniałem o niczym a ostatnia z przynęt na jaką czekałem przyszła tuż przed wyjazdem. Od dłuższego czasu Squidos wyparł u mnie większość innych smaków. Ciężko uwierzyć, ale to właśnie ten aromat i tylko ten aromat pojechał ze mną. Nie zabrałem innych, bo chciałem pozbyć się wszelkich kombinacji w razie pustki w braniach. Ryby miały po prostu brać i już. Błąd zapewne pomyślicie – NIE. Celowe działanie i wiara, że na tej wodzie i w tym czasie Squidos zadziała jak cudowny lek. I zadziałał. Miałem wrażenie, że gdyby w poprzednich latach tak podejść do tematu łowienia miałbym okazję powiedzieć, że posiadłem wreszcie złotą kulkę, że to właśnie ona daje największą satysfakcję, kiedy pobierana jest w tym miejscu, gdzie chcę.

Pierwsze efekty przyszły po kilku godzinach łowienia. Ta woda to nie czysty „burdel” jakich wiele, ale bardzo stara woda, gdzie pływają bardzo stare ryby. Te uchowane od tasaka mięsiarza i te uchronione przed wszelkimi groźnymi czynnikami przyrody. Ta woda z potencjałem niezmiennie zadziwia i zawsze pokazuje, że nie tak do końca da się okiełznać. Położony zestaw, gdzie połączeniem była tonąca kula z niewielkim popkiem dał pierwszego karpia. Zacny kilkunasto-kilogramowy golec z przepięknie barwionym ogonem. Ryba w świetnej kondycji a do tego naprawdę kształtna a wcześniej bardzo waleczna. Cóż zaczynało się dobrze. Dla relaksu kawa i chwila zadumy. Tak serio nie zadumy, ale początku radości, że zaczynam dobrze.

Przed wieczorem i po minimalnym donęceniu miejscówki kolejne branie. Wydawało mi się, że dwie ryby w kilka godzin to już niezły wynik. Tym razem azjata. Piękny ślizgacz w jeszcze ładniejszej zbroi pełnej miarowych łusek. Znowu kilkanaście kilogramów na macie. Ta ryba lekko zweryfikował mój pogląd na amura, ale nie zmieniła taktyki. Ryba szła do brzegu wręcz bez najmniejszego oporu, ale za to taniec przed podbierakiem wykonała przepiękny. Terkotanie hamulca i świst żyłki przypomniały mi, że będę miał na zestawach prawdziwie walecznych przeciwników. To mnie wcale nie zmartwiło,bo najlepsze było nadal przede mną.

Ta księżycowa noc i tafla wody, która parując okrywała się białą kołderką mgły. Blask srebrnego talara oświetlał wszystko dookoła a trzciny rzucały swoje długie czarne cienie które skierowane były w drugi brzeg. Latarka była zbędna. Wilgoć przyniosła ze sobą niewielkie zimno i pomału zaczynałem planowanie wyprostowania grzbietu na wyrku. Pokrzątałem się jeszcze chwilę i zrobiłem zwrot w kierunku namiotu. Dwa a może kilka kroków i drogę oświetlił mi pojedynczy pik z diody sygnalizatora a w ucho wpadł dźwięk, który zawsze zmusi cię do odwrotu. Wracając do wędek zrobiłem o połowę mniej kroków. Oko rozszerzyło źrenicę maksymalnie a myśli przebiegły w głowie które brzmią … nareszcie! Swinger delikatnie opadł a dioda zgasła. Ktoś by ponownie odszedł? Stałem jak wryty i patrzyłem, czekałem i nasłuchiwałem. Na końcu zestawu miałem „złotą” kulkę więc wypadało by złowić złotą rybkę? Sygnalizator ponownie zapalił się na niebiesko, kolejne pojedyncze pik i widzę jak żyłka wchodząca do wody zaczyna odjeżdżać w bok. To było to – branie bez rolady, gdzie z hamulca wydobywał się dźwięk zegara … tyk, tyk, tyk.

Podniosłem kij w górę bez dodatkowego przycięcia. Jakże ten Tribal wygiął się pięknie już na początku holu. Miłe uczucie, kiedy na końcu czujesz dostojnego gościa, który jeszcze nie ma zamiaru oddać ci ani metra żyłki, która nas dzieli. Takie branie i takie zachowanie mówi już do CIEBIE – postaraj się, walcz i nie odpuszczaj. Tak … wiem co zrobić. Nie stanąłem do walki tylko po to, aby za kilkanaście minut kląć pod nosem po przegranej.

Lustro wody nie zmącone nawet minimalną falą. Tafla czysta a przy tym wyglądająca jak zamrożona i tylko ta cienka żyłka cięła ją w lewo i w prawo. To ta smuga na powierzchni wskazywała, gdzie znajduje się ryba. Z metra na metr wydobywałem żyłkę na szpulę kołowrotka aż wreszcie pojawiło się pierwsze ogromne koło na wodzie. Ryba zamieliła pod powierzchnią tak mocno, że na chwilę zamarłem. Przerażenie? Nie koniecznie, ale świadomość że to będzie duży a może i ciężki gość.

 

Kiedy holujesz i nagle zaczynasz słyszeć jęki żyłki a do tego dziwne odgłosy wędki czy kołowrotka zdajesz sobie sprawę, że wynik takiej walki może być dwojaki. TY albo ON. Starałem się dopracować wszystko – ugięcie kija i płynne nawijanie. Zero chodzenia po brzegu czy prób skrócenia dystansu. Poprawność iście zawodowa do chwili, kiedy zagrał drugi sygnalizator. Ryba weszła nad wolny zestaw i zabrała druga żyłkę. Nie odjeżdżała, ale miała jeszcze ogromną siłę, aby odpalić i przegrzać oparte o siebie linki. To było jedno jedyne co miałem w głowie. Walcz, ale nie zrywaj się, bo nie po to wzajemnie się męczymy. Ktoś musi zwyciężyć.

Kilkadziesiąt metrów od brzegu pojawia się drugie koło. Jeszcze większe. Widziałem jak wielkim ogonem odepchnęła się w wodzie, aby zmienić kierunek. To tylko pogorszyło sytuację, bo jeszcze mocniej zabrała pod wodę drugą żyłkę. Zrobiłem tylko jedno. Położyłem kij na płasko nad taflę i przeszedłem pod drugim. Jaki mój strach zrobił się ogromny, kiedy zauważyłem, że zamiast polepszyć swoją sytuację zrobiłem coś wręcz odwrotnego. Przewinąłem żyłkę podwójnie.

Ryba była coraz bliżej, ale parła w obie strony jak parowóz. Moje kombinacje z odwinięciem splątanych linek dały efekt. Wreszcie żyłki nie opierały się już o siebie a ta ważniejsza ponownie odjechała w dal. Jak ja bym teraz chciał, aby ktoś podał mi łyk czegoś zimnego. Łykałem przez wyschnięte gardło i tak już ostatki śliny. Miałem uczucie zdrętwiałych rąk, bo ta walka trwała już ponad 30 minut.Świadomość tego, że przed wyjazdem zmieniłem haki na które nie łowiłem od lat dodawała dreszczyku. Tak sobie to tłumaczyłem a tak naprawdę bałem się że to będzie mój błąd. Wiedziałem że podwodne fikołki ryby i ten hak mogą skończyć się źle. Najwyraźniej poprzez blank i żyłkę ryba otrzymała sygnał, że już od dłuższej chwili zaczynam się trząś, jak osika i stoję jak goliat na glinianych nogach.

Odpuściła. Zmęczony byłem ja i zmęczona była ona. Może to w końcu zaczął się czas na poddanie? Ja nie chciałem odpuścić a i ona, mimo że bliżej mnie także chciała pozostać w czeluściach swojej głębi. Metr za metrem wychodziłem na prowadzenie. Kawałek po kawałku żyłka powracała na młynek. I nagle … nastała ta chwila, która ugięła moje nogi maksymalnie. Ostatni taniec pod powierzchnią. Ogromne koło z fal i ten jednostajny jęk kołowrotka, z którego odpaliło kilkanaście metrów żyłki na raz. Wszystko zajęczało jak stare wysuszone ścięgna. Zatrzeszczał kij i zawyła szpula, ale to wszystko odparło ostatni zryw karpia. Teraz już widziałem, że to on. Z toni wyłonił się wielki łeb, który cmoknął świeżego powietrza, żeby za chwilę wyłożyć swoje majestatyczne i ogromne ciało na tafli wody. Wystarczyło wyciągnąć ramię podbieraka i pozwolić jej wpłynąć. Proste w zamyśle, ale trudne do wykonania.

Mimo długiego czasu holu, jęków sprzętu i telepiącego się ze strachu Krona nastąpiło ZWYCIĘSTWO. Wygrałem tę piękna i emocjonującą walkę. Dotarło do mnie, że to była ta chwila, na którą tak długo czekałem. Spełniłem się po tak długim czasie. Mimo wielu złowionych ryb w podobnej wadze to ta dała mi najwięcej radości. To ta ryba spowodowała że znowu chcę wracać nad wodę. Moje nastawienie znowu jest takie jak chciałem.

To wszystko co mi się przydarzyło przez te kilka dni nad wodą, te złowione ogromne ryby – karpie i amury, w rozmowie telefonicznej podsumował Daniel Kruszyna. Powiedział „…Kron świetny wynik, ale tak trochę smutno samemu się radować…”. Trochę racji w tym jest, ale jest też tak jak na początku tego tekstu napisałem. Taka radość to też radość, dająca ogromny przypływ energii i jest mi z nią po drodze.

Pozdrawiam KRON Krzysztof Jaros