SPOŁECZNOŚĆ

Zamknij
Podstawowe informacje
*
*
Siła hasła
Szczegóły profilu
Upload a profile picture
Take Photo
Upload photo
Take Photo
Upload photo
Take Photo
Profile społecznościowe

Rybnik przez duże R

Ponad dwa miesiące przygotowań do wspólnego wyjazdu na Rybnik.

Kołowrotki wysłane na serwis, model do wywózki na przeglądzie, zakup nowego silnika oraz akumulatora do pontonu to tylko namiastka działań, oraz zakupów z tego, jak szykowaliśmy się na ten wyjazd. I ostatnie najważniejsze to świeżutki towar przysłany na czas przez Marka Halasa z firmy Adder Carp.

 

Wreszcie nadchodzi ten dzień gdzie zaczynam się pakować. To był ciężki dzień po pracy, ale wreszcie zabieram się za mozolne szykowanie tego, co najważniejsze i niezbędne na taki wyjazd. Po 3 godzinach mam już wszystko ułożone w jednym miejscu, zostaje tylko załadować do auta .

Jeszcze jedno koło zataczam po garażu, aby nic mi nie umknęło i tu chyba o jedno koło za dużo zrobiłem. Przekładając ostatnie graty na regale niechcący zahaczam o puszkę pianki montażowej, która od remontu stała sobie spokojnie na ostatniej półce. Spadając na ziemię uszkodziła się puszka i pięknie przyozdabia mi część gratów. Pomyślałem pięknie się zaczyna, wszelkie próby czyszczenia nie pomogły, więc część gratów przepakowałem i auto spakowane.

Niedziela 24 marca 7 rano staruję w kierunku Dobrzeń Wielki, by tam przepakować się do Sebastiana i razem udać się nad wodę. Jadąc autem na jednym z portalu społecznościowym dodałem relację na swojej osi czasu muzykę z tekstem w tle – „TAKIE CHWILE JAK TE … NIE ZDARZAJĄ SIĘ ZBYT CZĘSTO ”

To był strzał w 10 jak się okazało później. Około godziny 12 dojechaliśmy na miejsce, gdzie na ośrodku KOTWICA czekało na nas pozostałych trzech znajomych a wśród nich nasz wspólny kolega z teamu Mati. Chwila po przywitaniu z obecnie wędkującymi jeszcze kolegami zabraliśmy się za rozpakowanie aut. W międzyczasie pojawia się właściciel ośrodka, u którego dokonaliśmy opłat za zezwolenia.  Tutaj się na chwilę zatrzymam

Czysto informacyjnie, jeśli chodzi o opłaty to płaciliśmy za zezwolenia dobowe plus za możliwość korzystania z modelu do wywózki. Na Rybniku obowiązuje zakaz nęcenia, łowienia z pontonu stąd ktoś wpadł na pomysł opłat za modele. Mało tego kolejnym „wspaniałym” pomysłem są wyznaczone godziny łowienia. Tak godziny z doby, za którą płaciliśmy to możliwość łowienia od 4 rano do 23 wieczorem. Nie mam pojęcia kto w tym wszystkim, jaki ma interes, lecz uważam to za totalny bezsens.

Dzień zaczynamy tylko i wyłącznie od przygotowań łowiska, czyli standardowe czynności jak badanie dna, markierowanie, sprawdzenia zasięgu sprzętu elektronicznego. Na dzień dobry napotykają nas pierwsze problemy, gdyż zakłócenia, jakie wytwarza elektrownia znacznie psują nam nasze plany. Krótkofalówki mające zasięg co najmniej 1 km w linii prostej przestają działać na wodzie po 300 m od brzegu. Mimo tego jakoś udało się wytypować i przygotować miejscówki. Tradycyjnie po ciężkim dniu nastąpiła delikatna integracja, podczas której ustaliliśmy plan działań na następujące dni. Piękna pogoda w nocy i pierwsze zdjęcie, które niemal każdy wrzuca do sieci siedząc w tym miejscu.

Nocka mija bardzo szybko i chwile po godzinie 3 nad ranem część chłopaków zaczyna się szykować, by w pełnej gotowości o godzinie 4 wywieść pierwsze zestawy pod marker. Odległość miejscówek, jakie sobie wytypowaliśmy to bagatela 500 metrów od brzegu. By nie było zbyt pięknie zaczynają się kolejne schody podczas tej wyprawy, a mianowicie podczas wywózki kolejnego z zestawów w płynącą łódkę wkręca się jakiś fragment zerwanej plecionki. Początkowo nic nie wzbudziło podejrzeń do czasu jak łódka się nie zatrzymała. Po długiej walce udaje się łódkę zwinąć wraz z zestawem do brzegu, lecz zapach wydobywający się z jej środka nie wróżył nic dobrego. Tak ! W ten właśnie sposób wyeliminowaliśmy sobie jeden z naszych modeli i miejmy nadzieję, że zniszczeniu uległ tylko regulator napięcia. Żeby nie było zbyt pięknie Sebastianowi podczas uzbrajania zestawu kij osuwa się z drzewa, o które był oparty i upadając uszkadza się porcelana jednej z przelotek.

Jak wspomniałem na początku, przygotowania do tego wyjazdu trwały ponad 8 tygodni, więc byliśmy zabezpieczeni w model zapasowy i oczywiście dodatkowe kije. Po pierwszych przygodach wreszcie nasze zestawy wylądowały w wodzie.

Szybkie śniadanie i przegląd pogody na najbliższe dni przerywa pierwszy pik na jednym z naszych zestawów. Wyglądając przez okno widzimy jak na zbiorniku zaczyna się wzmagać coraz to silniejszy wiatr. To był początek naszego szczęścia w nieszczęściu, które spotkało nas kilka godzin później.

Wyjazd od samego początku z przygodami, więc coś czułem, że będzie ciekawie a pasmo nieszczęść nadal nas prześladuje. Za oknem raz słońce, raz deszcz i w końcu nadchodzi ta chwila i kilka minut po godzinie 15 na centralce Mateusza rozbrzmiewa jazgotliwy pisk. Wylecieliśmy z domku jak pociski z armaty i w ciągu kilku sekund pełna gotowość na brzegu. Próba holu po podniesieniu wędki, lecz czuć, że ryba gdzieś ZAPARKOWAŁA, nie pozostaje nic innego jak w skrajnym przypadku zapakować się na ponton i wyjść rybie naprzeciw by jak najmniej ucierpiała.

Mateusz wraz z Sebastianem zapakował się na ponton i zaczynamy przygodę na dobre.

Chłopaki po kilku minutach znaleźli się około 200 m od brzegu i w tym momencie odzywa się jeden z moich sygnalizatorów. Myślę sobie spokojnie pewnie holowana ryba weszła w mój zestaw, dlatego też podniosłem kij w górę i na zwolnionym hamulcu czekam na rozwój sytuacji. Na wodzie zaczyna wiać coraz mocniej, chłopaki pontonem są znacznie z prawej strony naszego stanowiska a plecionka z mojej szpuli zaczyna się wysuwać coraz to mocniej . Wspólnie z pozostałą ekipą stwierdzamy, że jednak na moim kiju również musi być ryba. Patrząc na horyzont i widząc ponton Seby z naszej prawej strony a plecionkę wchodzącą z mojej wędki z lewej podejmuję próbę holu . Idzie strasznie mozolnie, metr po metrze, ale idzie …. Kij wygina się masakrycznie a ja po zwinięciu około 50 metrów czuję, że coś przystanęło.

No nic, trzeba się pakować na drugie pływadło co wcale mi się nie uśmiechało, bo fala na wodzie coraz to większa. Kolejne próby holu bez rezultatu, chłopaki widać spływają w kierunku naszego brzegu więc pakuję się z Mariuszem na ponton i to było najgorsze co mogliśmy zrobić. Dosłownie max. 5 minut odkąd jesteśmy na wodzie zrywa się mega silny wiatr a woda na horyzoncie zamienia się w bałwany jak fale na morzu. Kolejne metry na wodzie oddalające nas od brzegu robią się coraz to groźniejsze a fala na wodzie zaczyna nabierać tępa, co za tym idzie większych rozmiarów.

Nie wiem, czy trwało to 2 a może 5 minut wypłynęliśmy ledwie z przystani, kiedy stwierdzamy, że żarty się skończyły i nie damy rady dalej płynąc na wiosłach. Zaczynamy się ratować i postanawiamy zwolnić całkowicie szpulę i zawrócić do brzegu. Zanurzamy silnik i stało się !!!Wpływamy w swoje plecionki pozostałych kijów na brzegu, które pięknie fale podniosły d o powierzchni wody. Z sekundy na sekundę jest coraz to niebezpieczniej a fale rozbijające się o nasz ponton wlewają nam wodę do środka.To była wieczność, w głowie tysiące myśli na sekundę i w duchu modlitwa by cudem udało się nam dotrzeć do brzegu. Nie jestem w stanie określić jak długo to trwało, choć dla mnie to była wieczność, lecz cuda się zdarzają i z wielkim trudem udaje się dotrzeć do brzegu 600 metrów dalej od naszego stanowiska.Po wyjściu na brzeg przemoczeni do suchej nitki wiemy, że stało się źle, ale nikt się nie spodziewał, że aż tak źle. Kilka metrów dalej od nas znajduje się Mateusz z Sebastianem i po chwili dowiaduję się, że mają rybę. Szkoda wielka, bo nie jest to KARP, lecz Tołpyga. Płakać się chce jak pisząc to widzę tę całą sytuację naszą na wodzie ponownie, więc pozwolę sobie uciąć ten wątek i powiem krótko ! Cieszę się, że udało się przeżyć nam, jak i chłopakom na drugim pontonie. Nie polecam nikomu wypływania w takich warunkach, jakie spotkały nas na wodzie, a jak już wsiadamy na ponton to zastanówmy się 2 razy czy jest to konieczne i przede wszystkim pamiętajcie o kamizelkach ! Docieramy na naszą miejscówkę i pierwszy widok na brzegu nie jest zbyt zadowalający, gdyż pech nie przestał nas prześladować i choć zdawaliśmy sobie sprawę, że ratując się na wodzie zaczepiliśmy silnikiem o plecionkę nie wiedzieliśmy wtedy, że wyszły z tego tak wielkie straty.

O tym w dalszej części jeszcze wspomnę a teraz wracam do ryby Mateusza.

Ryba bezpiecznie już leży w kołysce więc pora ją zważyć. Waga wskazuje ponad 34 kg !!! po odjęciu wagi worka ustalamy wspólnie wagę ryby na 32 kg. Raz jeszcze gratulacje kolego i to był twój piękny prezent urodzinowy.

Z godziny na godzinę wiatr zaczyna ustawać więc pora na zwinięcie mojego kija i sprawdzenie co z pozostałymi zestawami . To było najgorsze tego dnia , ponad 3 godziny sprzątania z wody splątanych plecionek. Z 10 zestawów, jakie mieliśmy na brzegu 8 ! zostało wyeliminowanych, straciliśmy ponad 5 km plecionek. Totalna załamka w całej ekipie, kolejny bagaż doświadczenia, choć szkoda, że tak wielkim kosztem. Tego dnia a w zasadzie pierwszego zakończyliśmy łowienie choć nie tak i nie w taki sposób miało to wyglądać.

Razem z Mateuszem miałem być na Rybniku do środy a Sebastian do niedzieli , lecz wtorek rano zapadła decyzja, że razem z Mateuszem kończymy naszą przygodę, gdyż po pierwsze nie mamy zapasowej plecionki a po drugie warunki od samego rana na wodzie nie pozwalają na wywiezienie zestawów. Decyzja zapadła-Seba zostaje do końca a my zwijamy się i postanawiamy zjechać szybciej, lecz nie do domu a na małą komercję koło Opola. W tym momencie potrzebowaliśmy się wyciszyć i przemyśleć to wszystko raz jeszcze na spokojnie. 2 miesiące szykowania, a jednak nie przewidzieliśmy utraty plecionki a odległość 500 m od brzegu nie pozwalała nam na kontynuację łowienia na żyłkach. Mam plan kiedyś tam wrócić, z większym doświadczeniem i sporym dystansem do sytuacji, jaka może nas spotkać nad wodą. Kończąc naszą przygodę na Rybnickim Morzu nasuwa mi się kolejny znany utwór jak na początku tej przygody, który pozwolę sobie tu zacytować. „Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść, niepokonanym ” chciało by się tak zaśpiewać, jednak chyba ważniejsze by ze sceny zejść pomimo porażki, by nie brnąć w nią dalej. Zastanawiałem się długo czy zwinięcie się o dzień szybciej będzie zwykłym tchórzostwem, lecz teraz jestem przekonany, że była to rozsądna decyzja z mojej strony.Na dzisiaj najwidoczniej nie jestem jeszcze gotów by tam łowić i może nie do końca będzie pasować to zdjęcie poniżej, lecz właśnie nim chciałem zakończyć tę rybnicką przygodę.

Chwile po godzinie 14 byliśmy już rozłożeni na kolejnej wodzie. Udało się wyciszyć i na spokojnie pogadać o zaistniałej sytuacji. Z informacji od Seby wiedzieliśmy, że tego dnia nie udało się w tam panujących warunkach wywieść żadnych zestawów.

Nas zaś woda przywitała pięknie i przy klimacie palącego się ogniska w ciągu doby udało się wspólnie położyć na macie 9 karpi. Z mojej strony oczywiście od zeszłego sezonu niezawodny i niezastąpiony Squidos z serii Supreme w postaci kulek tonących.

A poniżej ostatnie fotki z tej marcowej przygody i cieszę się teraz, że skończyło się to w ten sposób, bo mogło być znacznie gorzej .

 

Sebastian również zakończył zasiadkę na Rybniku a ostatnią relację od niego pozwolę sobie zacytować :

„Pasmo niepowodzeń prześladowało mnie do samego końca. 4:0 dla rybnickich karpi, cieszę się przez łzy, bo takich strat jak podczas tego wypadu nie odnotowałem w całej karierze mojego łowienia.

Ps. Spie…. się również ładowarka do akumulatora z silnika do pontonu ”

Kończąc ten materiał warto przypomnieć, że w święta Bożego Narodzenia Seba złowił na Rybniku karpia ponad 25 kg .

Uważajcie na siebie i do zobaczenia nad wodą.
Piotr Herian
ACTeam