SPOŁECZNOŚĆ

[userpro template=register]

Spodem trzeba się cieszyć – KRON

O spodingu można mówić naprawdę dużo. Podawać wiele informacji praktycznych i rozwijać opowieść naprawdę długo. Ja tym artykułem kończę moje dywagacje o tej metodzie i zastanawiam się, czy do czegoś się to przyda. W poprzednim artykule wyjaśniałem, dlaczego lubię a w zasadzie, jak polubiłem spoding ponownie. To naprawdę metoda, którą można nawet pokochać i uważać ją za podstawową w wędkowaniu. Tym razem chciałem odnieść się do technicznego aspektu oraz do jakości sprzętu, jakiego używam lub powinniśmy używać. Do tego, aby rzucać bez oporów i mieć świadomość dobrze wykonanej roboty. Jak daleko chcemy rzucać, weryfikuje drugi brzeg albo otwarta woda. Kiedy jednak chcemy rzucać ekstremalnie daleko, to w tym miejscu chciałem przytoczyć slogan mojego kolegi z teamu, Tomka Milińskiego, który mówi krótko – albo na maksa, albo wcale.

Zgadzam się z tym. Jeśli rzucamy z blokadą cenową, to nigdy nie rzucamy na 100%. Co to jest blokada cenowa. To jest stosunek ceny do jakości zakupionej wędki. Jeśli mamy na uwadze, że to jest nasz jeden, spod jaki mamy, że jego cena była krótko mówiąc, budżetowa i nie chcemy poważnie wyciągać z niego pełnej mocy, to pozostajemy na etapie – mam spoda. Tylko tyle.
Jeśli mamy spoda, który parametrami zdobył sławę w szerszym gronie wędkarzy, częściej jest używany i potrafimy z niego wydobyć ostatni „jęk” to można rzec, że jesteśmy na etapie – mam i potrafię.
Jeżeli nasz spod to już górna półka cenowa z opinią tego jednego z najlepszych, a nam nie szkoda każdej wydanej złotówki, to korzystając z niego, będziemy na etapie – perfekcja i spokój.

To moja opinia i zdanie, z którym nie wszyscy muszą się w pełni zgadzać. Widać, że najmocniej zaznaczyłem górną półkę. Nie do końca. Aby było jasne, – jeśli mam coś faworyzować to tylko jakość i nie żadna konkretna marka. Tego szukamy najdłużej i może się okazać, że jakość znajdujemy w spodzie średniej klasy za dostępne dla nas kwoty.
Osobiście przez moje ręce przewinęło się kilkanaście typów wędek do spodingu. Aktualnie mam w zasobach te budżetowe, te z wyższych segmentów i wszystkie mnie cieszą tak samo. Każdy mogę wykorzystać ekstremalnie, ale jeśli mam możliwość bez wielkiego wysiłku ładować spombem blisko i dokładnie to używam tego najtańszego. Zresztą tego ulubionego. Nie pokuszę się o wyznaczanie jakości spoda poprzez cenę, bo to jest bardzo wymierny aspekt. Każdy jest dobry w swoim rodzaju, jeśli wykorzystujemy go prawidłowo. Czy zatem trzeba mieć kilka spodów? Nie, ale warto. Trzeba mieć umiejętność operowania spodem, co powoduje, że jedni mają jednego spoda i czynią nim „cuda” nad wodą a inni, posiadacze wielu spodów, mają wybór, którym to zrobią. Nie jestem zbieraczem sprzętu, ale ciężko mi się rozstawać z wędką czy młynkiem, kiedy ich używanie sprawia mi przyjemność, jednak z czasem wytypowałem swoje top, które zostawiam na zawsze. Jest też czasem tak, że chcemy zacząć od razu z górnej półki, żeby ominąć wydatki wstępne, które w czasie niestety, ale powielamy. Chcemy mieć spoda od początku bardzo dobrego. Hmmm — jeśli w takim momencie nie będziemy mieć możliwości realnego zbadania takiej wędki to niestety, ale może dopaść nas rozczarowanie. Dla jednego spod Sportexa, Anacondy, Foxa czy Daiwy jest ideałem, a drugiemu zdemoluje barki i nadgarstki. Taka jest prawda. Mało kto wie albo może mało kto bierze pod uwagę, że głównym wyznacznikiem doboru spoda jest wzrost wędkarza i rozstaw ramion a przy tym, jak technicznie ma dopracowane oddawanie rzutów.

Przykładowo — wystawienie nad głowę długiego spoda 3,90↑ przez niską osobę od razu wskaże problem z rozstawem dłoni na dolniku oraz pokaże, że zamach to nie będzie rzut, tylko przeciągnięcie kijem. W takiej sytuacji lepiej testować model 3 60↑. Będzie to korzystniejsze, a rzuty staną się przyjemne i dalekie. Spod spodowi nierówny a człowiek człowiekowi jeszcze bardziej. Potencjalni kupcy/klienci, którzy zerkają na kij, w którym producent dołożył dodatkową warstwę maty, aby kij sprzedać a przy tym mieć mniej zwrotów gwarancyjnych jest kijem ciężkim, grubym i niestabilnym. Jest kijem, który szybciej zmęczy, niż da przyjemność. Taki kij też można wykorzystać i to bardzo efektywnie np. w połowach grubej ryby jak np. Sumy. My jednak rozmawiamy o typowym wykorzystaniu spoda.

Nie należę do niskich osób, ale osobiście widziałem, jak moimi długimi kijami rzuca ktoś niższy, poszukujący złotego środka. Efekt – szybkie stwierdzenie, że kije są za sztywne dla niego i za mocno sprężynują. Odbijają niestety naprawdę tylko mocne kije, te o potężnej akcji szczytowej i naprawdę szybkie. Niska osoba nie zdoła sprawnie zgasić długiego spoda, a kiedy w ogóle spróbuje — stwierdzi, że to nie dla niego taki kij. Być może, ale spróbować trzeba, aby nie wydać pieniędzy dwa razy albo i więcej.
Dlaczego delikatnie nakreślam to, aby jednak mieć kilka spodów. Może nie całą masę, ale te dwa podstawowe warto mieć. Powód jest prosty. Odległość. Oto przykład i różnice. W przypadku ładowania spodem „X” 3 60m 5lb i z wykorzystaniem spomba uzyskujemy z niego maksymalną odległość 100 metrów. Pamiętać trzeba, że dawka zanęty w spombie ma różny ciężar właściwy i jest to zmienna, która wpływa na odległość. Ale my chcemy jeszcze dalej jednak. Co wtedy? Wystarczy zmoczyć zapakowany futer w wodzie, aby zwiększyć jego masę startową. Tak się robi, ale uzyskujemy wtedy bardzo szybko efekt przeładowania kija. On się nie złamie (i tak producencki dokładają więcej lb niż w opisie kija), ale optymalna parabola ugięcia podczas rzutu już się zwiększa. Rzut wcale nie jest lepszy a wręcz odwrotnie – jest długi (przeciągnięty), o wysokiej paraboli lotu spomba, czyli za wysoki i dużo krótszy. To się zmienia jednak, kiedy użyjemy spoda delikatnie dłuższego. Wykonanego z bardziej sprężystego materiału i krzywej minimalnie większej np. 5,5lb. Zmiana niewielka, a jednak odległość się zwiększa. Czasem sporo. Teraz już wiadomo, dlaczego lepiej dwa lub więcej niż tylko jeden.

 

Drugim aspektem przemawiającym za parą lub kilkoma spodami w pokrowcu jest to, jak często wymieniamy spoda przy nęceniu. Mam tu na myśli materiały nawinięte na szpule kołowrotków. Owszem można wymieniać szpule, ale bardziej komfortowo jest podmienić cały kij. Może komuś wyda się to dziwne, ale są ludzie, którzy nad wodą cenią swój czas, na zawodach szczególnie i wieczne przepinanie spombów czy rakiet nie wchodzi w grę. Wymieniają kij, który dużo wcześniej został przygotowany, aby użyć go w innej płaszczyźnie bez większej zmiany modelu nęcenia.

O spodach (o wszystkich wędkach) można tak faktycznie sporo i długo – ja mówię o podstawach, bo każdy mistrzem musi zostać sam. Spróbuję na koniec zrobić małe podsumowanie. Zatem po kolei.

Kij – powinien być odpowiednio długi do wzrostu użytkownika, szybki i sprężysty. Odpowiednio gruby, aby dobrze trzymał się w dłoniach. Niestety, ale 2 składowy w 99%, bo 1% to grupa upartych na 3 skład. Spody mają dwie najbardziej popularne długości. 3,60 (70% rynku) oraz 3,90. Są także długości pomiędzy nimi np. 3,75 oraz ponad nie jak 4,20. Jest w czym wybierać. W kwestii spoda najmniej ważnym czynnikiem doboru jest marka/nazwa. Czasem taniej znaczy dalej bez nadmuchanego ego firmy. Spod musi być „oprawiony” w odpowiednio duże (średnica) I odpowiednio rozmieszczone przelotki. Dobrze by było, aby to właśnie one były mocnym punktem w takiej wędce. Poza częstym zjawiskiem, jakim jest zbyt długie gaszenie kija po rzucie, to właśnie przelotki wyhamowują sam rzut najczęściej. W tym punkcie ważna uwaga – suche dłonie! To pewne trzymanie i warto o to zadbać.

Linka – czy plecionka, czy żyłka powinny być cienkie, ale w miarę mocne, aby nie zerwać się na klipsie lub a to się zdarza także, sama strzałówka ze spombem przy wyrzucie nie zrywała się za węzłem strzałowym. Pamiętajmy, że jeden węzeł prowadzący nie jest węzłem wiecznym i warto co pewien czas (ilość rzutów) przewiązać go lub zmienić strzałówkę. Dobór samego węzła wyjdzie nam w praktyce. Znajdziemy ten najmocniejszy i w takiej formie (kształt), aby bicie po przelotkach było jak najmniejsze. Także wybór strzałówki w typie mono czy plecionki jest naszym osobistym wyborem. Ja wiążę plecionki jako strzałówki na węźle mahin knot.

Kołowrotek – nie jest prawdą, że musi być drogi, ale dobrze by miał dużą i płytką szpulę, koniecznie stalową. Są upodobania do stożkowych szpul, lecz nawój jest wtedy długi. Hamulec w takim młynku to rzecz drugorzędna przy holu czy zwijaniu, ale przy rzucie pierwszorzędna. Musi być na tyle mocny, aby ze szpuli podczas rzutu nie oddał plecionki ani centymetra. Wypadek murowany. Koszt młynka do spoda nie jest wygórowany, a i nowy być nie musi, lecz sprawny jak najbardziej.

Spomb – dowolność. Jak zawsze oryginał, ale podróbki po modyfikacjach także działają. Inne rakiety w typie Dot Spod, Airbomb czy Impactspod lub każda inna działa a tylko od nas zależy jaki schemat nęcenia wybierzemy i czym to uczynimy.

To cztery główne rzeczy, jakimi można się kierować przy wyborze spoda. Piąta najmniej potrzebna to ciekawość. Osobiście najmniej interesuje mnie, jakich materiałów użyto do produkcji. Ile mat czy włókna szklanego. Czy kij pomalowano, czy zostawiono prawie surowy. Nie interesuje mnie również pstrokate zdobienie czy dodatkowe malowanie krzykliwych wzorków na spodach. Dla mnie spod ma mieć moc, wagę i sprężystość. To wszystko. Jak technicznie będziesz nim rzucał pokaże trening, praktyka i częstotliwość, z jaką spoda używać będziemy.

Aha – już tak na sam koniec. Nie warto głośno mówić, że jest się mistrzem spodingu – zawsze znajdzie się inny mistrz nad mistrzami.

Krzysztof KRON Jaros