SPOŁECZNOŚĆ

Zamknij
Podstawowe informacje
*
*
Siła hasła
Szczegóły profilu
Upload a profile picture
Take Photo
Upload photo
Take Photo
Upload photo
Take Photo
Profile społecznościowe

Spombing & fishing – Kron

 

Spomb – to urządzenie, które zrewolucjonizowało metodę nęcenia z kija. Tak w skrócie można powiedzieć o spombie który jednych fascynuje, a innych drażni jak żadne inne ustrojstwo, jakie zabieramy na zasiadki. Ma wielu zwolenników i tyle samo przeciwników. Według mnie stanowi śmiercionośną broń w rękach wędkarza, który opanował trzy podstawowe rzeczy, aby operować nim perfekcyjnie. Technika, jakość i moc rzutu. Kiedy do tych rzeczy dołożymy odpowiedni sprzęt to rzuty “poza horyzont” są czystą przyjemnością. Dlaczego o SPOMBIE tym razem? Prozaiczny powód, ale i bardzo bolesny, którego doświadczyłem.

Zawody – to one pokazały, że pewne kwestie zbagatelizowałem, inne pominąłem. Chciałem opowiedzieć o moim SPOMBIE – zatem … goooo spomb.
Mamy kwiecień, zawody rzutowe, na których wraz z Mariuszem spontanicznie i na ogromnym “lajcie” postanowiliśmy być. Budżetowe wpisowe organizatora, minimalna pula nagród – to nam się podobało. Jedziemy. Zaczęły się przygotowania, co po prostu nazywa się w skrócie – kolejne wydatki. Żyłki typowo rzutowe, strzałówki cienkie jak włosy, ale pełne swojej mocy, kolejne kije z większą krzywą ugięcia i te wszystkie gadgety na samym końcu, czyli rakiety spomby, spombiki i reszta. To wszystko znalazło się ponownie na tapecie. Była pewność, że sobie poradzimy, że nie będzie większego problemu z wejściem na obroty, kiedy impreza się rozpocznie. Extra futer od Teamowego kolegi, który z wielką ochotą sam chciałem “pałaszować” podnosił nasze szanse na uzyskanie dobrego wyniku.

Tiaaa – byłoby zbyt pięknie. Nie powiem, że ponieśliśmy całkowitą porażkę. Być może nasza nęcona miejscówka była jedną z tych, o których wspomniał Krzyś Rosner po zakończeniu zawodów, że trafiliśmy na jeden z tych placów, które ryby omijają szerokim łukiem. Jaki to plac i dlaczego go omijają, to pozostawię dla siebie i nie podam na tacy czystych informacji – nie ułatwię nikomu sprawy na tym łowisku, niech też spróbuje pomyśleć jak ja … co było nie tak. Zawody rzutowe na tej wodzie odbywają się rzadko więc trzeba samemu się przekonać jak to jest.
Czas trwającej imprezy stopniowo weryfikował to, co nazywam – zbytnia pewność siebie i rutyna. Zapinam marker, rzucam – niezła odległość, ale zasada jest prosta. Kiedy konkurencja łowi obok na 100 metrach, ty musisz na 130. Wiadomo, granica odległości ma swój kres, ale musi być zawsze dalej niż u innych. Odmierzam dodatkowe metry. Rzucam jeszcze dalej. Marker traktuję w tym momencie już jako azymut spombowania i kierunku rzutu zestawem. Dno zwyczajowo jak prawie wszędzie zamulone i przegrubione innymi osadami. Lekka twardość albo odwrotnie.
Rozpoczynamy nęcenie pod znacznik. Stare spody okazały się jak stare wino. Wziąwszy w ręce Alivio, przypomniały się czasy, jak to kiedyś bez całej technologicznej otoczki udawało się ryby nakarmić, a potem złowić. Wróćmy jednak do sprawy tych nieszczęsnych rzutów. Nie zapomniałem techniki, ale … No właśnie – tutaj zakończę opowieść, jak nam poszło a zacznę o tym, co jednak okazało się zgubne.

W zawodach rzutowych czy ogólnie w wędkarstwie rzutowym najważniejsza jest praktyka. Ukraińscy wędkarze wiedzą to najlepiej i to właśnie ich drużyny zaliczyły skok do czołówki imprezy. Notoryczne przebywanie w okolicach wędek i bezsprzecznie … rzucanie, rzucanie i jeszcze raz rzucanie.

Mnie zabrakło właśnie tej praktyki, którą kilkanaście lat wstecz uwielbiałem. Rzutowo – to jest to, co uwielbiałem. Nadal uwielbiam, ale tym razem weryfikacja była bolesna.
Starałem się posyłać spomba oraz zestawy jak najdalej. Udawało się. Odliczone metry 120,130 czy 140 były w naszym zasięgu. Dalej też się udawało, ale rzuty a szczególnie te spombem okupione były bólem. Właśnie tak. Tym czystym, fizycznym bólem. Fakt, że z każdą chwilą, z kolejnym dniem wchodziłem na odpowiedni pułap i coraz swobodniej oddawałem rzuty, operowałem spodem, poprawiała się celność i jakość, to zabrakło po prostu kondycji, sił. Po pierwszym dniu i o poranku kolejnego okazało się, że trzeba barki rozruszać, że nadgarstek odczuł przeciążenia za mocno i że uda też jakoś dziwnie stwardniały.

Nie da się wejść z powrotem na obroty bez rozruszania “starych” kości. Pomalutku i do przodu. Trochę ruchu, trochę skłonów i wymachów i jedziemy znowu z tą robotą. Kawa? Śniadanie? Ależ skąd … spombing&fisging od nowa. Zasada numer jeden mówi – nie nęcisz nie łowisz. Druga określa twoje zaangażowanie. Nęcisz do końca nawet jaby nie brały. Zawsze ta ostatnia szansa gdzieś tam jest. Ja dołożę jeszcze swoja, którą wdrażam. Zawziętość. Nie odpuszczam. Jeśli komuś się wydaje, że na zawodach albo na zwykłej zasiadce gdzie nie musi się śpieszyć, pospombuje sobie spokojnie to jest w błędzie. Angielskie spombowanie na 50-70 metrów a najlepiej w filmach to nie to samo co … Co podniesienie kija i zapakowanie spomba w siną dal. Powtarzalnie i precyzyjnie. To są długie chwile, kiedy wyłączamy się z obiegu i mamy klapki na oczach. To spombing&spombing i jeszcze raz i ponownie.
Tak w skrócie a może i nie opowiedziałem, jak i dlaczego znowu lubię spomba. Niebawem może okazać się, że po raz kolejny będą bolały ręce, nadgarstki, barki i nogi. Może. Na razie postanowiłem nie odpuszczać całkowicie tematu spomba i … znowu są kolejne wydatki. Zmiana wędek i ponowne treningi. Tak de facto uważam, że nawet jak nie jedziemy nad rybki i nie mamy ochoty zabierać spodów ze sobą, to powinniśmy od czasu do czasu (a nawet częściej) pojechać gdzieś i zrobić trening, jeśli z tą metodą nęcenia chcemy być za pan brat. Spombing goooo … lubię to.

Krzysztof (KRON) Jaros