SPOŁECZNOŚĆ

Zamknij
Podstawowe informacje
*
*
Siła hasła
Szczegóły profilu
Upload a profile picture
Take Photo
Upload photo
Take Photo
Upload photo
Take Photo
Profile społecznościowe

Wiosna Niespełnionych Marzeń – #ACTeam

Cztery tygodnie obserwowaliśmy nasze pobliskie jeziora. Lód zamiast je skuć skorupą w grudniu, postanowił dla odmiany zaatakować w lutym. Nie ukrywam, że wybawiliśmy się przy przeręblach, ale w głowie kotłowały się już myśli o szykowaniu łowiska i pierwszych karpiowych zasiadkach. Gdzie jesteś wiosno? Wypatrujemy Cię z niecierpliwością ! Wreszcie pojawia się informacja, że nasza pierwsza miejscówka – zatoka o średniej głębokości ok. 3,5 m pozbyła się pokrywy lodowej. Co prawda większą część jeziora zajmuje jeszcze cienka warstwa szkiełka, postanowiliśmy już przygotować brzeg pod biwak. Pierwszy wyjazd ze szpadlami, drewnianymi paletami, okraszony pączkami i tłoczonym soczkiem z jabłek przebiegł pracowicie. Efektem jest brzeg przygotowany pod 2 namioty i pierwsze, skromne na razie podsypanie łowiska. Postawiliśmy na dużą ilość, solidnie zalanych ziaren konopii z niewielkim dodatkiem kukurydzy oraz niezastąpionymi wiosną kulkami truskawka/ryba. Na start niedużo – jakieś 8 kg partykuł i 3 kg kulek.

Pierwszy raz zestawy położyliśmy po 2 tygodniach, kiedy miejscówka była już donęcona 3-krotnie. Każdy kolejny raz z minimalnie większą ilością kulek. Jaka to radość usiąść wreszcie przed namiotem, w wygodnym fotelu, z tradycyjną już chyba dla karpiarzy szklaneczką pełną rudej cieczy w dłoni ! Uwielbiamy wiosenne łowienie, tu jesteśmy zgodni – przepięknie jest patrzeć, jak woda i otoczenie budzi się z zimowego letargu. Pierwsze, nieśmiałe odgłosy ptactwa i szum zeszłorocznych, suchych trzcin jest jak najpiękniejsza melodia dla naszych uszu. Chwilo trwaj ! Siedzieliśmy do późnej nocy, patrząc na księżyc i obserwując wodę, nasłuchując pierwszego w tym roku spławu w łowisku. Cisza… Noc i poranek przebiegł spokojnie, z wyjątkiem akcji z myszą, która zadomowiła się w torbie i rano napędziła mi strachu, wyskakując z niej jak poparzona. Teraz wiem, jak zachowują się kobiety na ich widok. Dobrze, że nikt tego nie widział… 🙂 Oznak bytności ryb nie zauważyliśmy, więc kolejne podsypywania lekko obcinamy z kulek. Nie chcemy, aby towar zalegał nam na dnie. W momencie, kiedy drobnica będzie aktywna nie trzeba się tym przejmować, ale dopóki na zestawach nie zaczną psocić się leszcze czy wzdręgi, nie chcemy ryzykować.

W kolejnym tygodniu siedliśmy na 2,5 doby. Piękna pogoda, pierwszy raz poczuliśmy wiosnę. Dziura sypana już praktycznie od blisko 4 tygodni. Byliśmy pewni, że będą ryby. Długo nie czekaliśmy – już pierwszego wieczora na wędce Darka pierwsze tego roku branie. Nieśmiały pik, po nim kolejny, zacięcie i JEST !  …wzdręga 🙂 Nie wiem jak to możliwe, żeby tej wielkości ryby zapinały się na haki w rozmiarze 1-2. Do końca zasiadki mamy już tylko pojedyncze piknięcia. Oznacza to tylko jedno – mamy drobnicę w towarze. Pojawienie się karpi to już tylko kwestia czasu.

Przez kolejne 2 tygodnie wpadamy regularnie na szybkie nocki, aby wędki przewietrzyć i dosypać towaru na odchodne. Ryb jak nie było tak nie ma. Łowimy tylko wzdręgi, do tego coraz mniejsze. Nie potrafimy tego w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć. Wiecie jak to jest – siedzi się kilka godzin i szuka usprawiedliwienia. Pogoda nie taka, ciśnienie niewłaściwe, a to wieje nie z tej strony, może podniósł, ale się nie zapiął ? Zwariować idzie… Darek ma zawsze jedno wytłumaczenie – co zrobiłem nie tak ? Gdzie popełniłem błąd ? Błąd znaleźliśmy, ale o tym później…

Ustalamy, że damy sobie jeszcze jedną szansę – weekend majowy. Zaplanowane 3,5 doby. Dziura sypana od 6 tygodni ! Będzie dobrze ! Nie było… Nawet piknięcia, nie licząc 3 rolek z kołowrotka, wywołanych przez trolujących spinningistów. Wiadomo – początek sezonu szczupakowego. Mamy dość, wiosna praktycznie minęła bezpowrotnie. Nie możemy powiedzieć, że zmarnowaliśmy czas, bo to nie brzmi „marketingowo”… ale tak jest – nikt nam nie odda 1,5 miesiąca bez nawet jednej ryby na macie.

Postanawiamy zmienić łowisko na nowe, czyli generalnie zacząć wszystko od początku. Pływanie, stukanie, sypanie – brzmi jak mantra…Nie ma na to za bardzo czasu, więc wybieramy wersję spontaniczną. Jedziemy w ciemno, wywozimy modelem i kładziemy wszystko punktowo. Działa ! Pierwszej nocy, na kompletnie nowej dla nas wodzie, melduje się pierwszy karp sezonu. Nie jest wielki, ale cieszy jak nigdy. Ryba w okolicach 3,5-4 kg, nie ważymy jej, aby nie męczyć.

Po trzech godzinach jest branie na kolejnej wędce – położonej na skraju trzcin. Szybko ubieramy się nawzajem w spodniobuty, a trzeba przyznać, że mamy to dopracowane jakbyśmy wędkowali ze sobą od wielu lat, a to dopiero drugi sezon. Jeden do wędki i holuje, drugi ściąga mu buty i zakłada “śpiochy” :). Szybko czujemy, że ryba jest zdecydowanie większa od poprzednika. Na szczęście odchodzi na otwartą wodę pomimo, że ma do dyspozycji trzciny, krzaki i zatopione drzewa. Dziwne… Po kilku minutach przeciągania liny, na odległości 2-3 długości podbieraka, ryba się wypina. Jesteśmy załamani, było tak blisko, rybę już widzieliśmy – szacunkowo około 8-10 kg. Jakie jest nasze zdziwienie, kiedy oglądamy przy świetle latarek zestaw, a w nim brakuje połowy haka. Załamka…

Wiemy, że ryby w zatoce są, więc przed odjazdem dosypujemy trochę ziaren i kulek, z myślą o kolejnym przyjeździe. Minęło raptem kilka dni i jesteśmy tu ponownie :). Identyczna taktyka – punktowo położone zestawy z niewielką ilością konopi, trochę kulek i garść Amoka. Szybki strzał, bo już pierwszego wieczora melduje się pierwszy bączek. Wielkość typowo wigilijna, uwalniamy go wprost z podbieraka. Siadamy wygodnie w fotelach, wieczór jest wyjątkowo ciepły, obserwujemy wodę, nasłuchujemy… Nic. W trakcie wieczornych pogaduszek Darek oznajmia – pojedzie na lewej wędce, o 23:00. Hehe, wróżbita się znalazł, pomyślałem. Trafił ? Pewnie, że nie. Pomylił się o 3 minuty !!! Dokładnie 22:57 energiczne branie, jak się domyślacie – na lewej wędce. Po kilkuminutowym, siłowym holu mamy pierwsza dwucyfrową rybę tego sezonu. Radość jest wielka ! Wiemy, że wreszcie worek się rozwiązał – zaczęliśmy mieć regularne brania. Wyjazd tradycyjnie kończymy delikatnym sypaniem obławianych miejscówek.

W międzyczasie docierają do nas informacje z naszego pierwotnego, wiosennego łowiska – strażnicy wyłowili z zatoki, a dokładnie z naszego nęconego miejsca 3 siatki ! Już wiemy dlaczego nie było ryb. Półtora miesiąca karmienia… ŻEBY LEPIEJ W SIATKĘ WCHODZIŁY !!! BRAK SŁÓW…

Dogrywamy kolejną zasiadkę, tym razem 2-dniową. Jesteśmy na miejscu o świcie. Zaczynam pechowo… Namiot rozłożony, łóżko też, szukam śpiwora. Nie ma. Jak to możliwe ? Auto jest przecież na stałe spakowane. Jest, znalazł się – pływa sobie dostojnie w wodzie. Darek twierdzi, że sturlało się ze skarpy, ale jakoś mu nie wierzę… 🙂 Dzień mija spokojnie. Ryby jak w zegarku, meldują się wieczorem. Pewnie dlatego, że w ciągu dnia jest olbrzymi ruch nad wodą. Miejscowi odwiedzają nas regularnie, średnio co pół godziny ktoś się zjawia i ma ochotę pogadać. Pierwsza ryba spina się pod nogami – dwucyfrowy amur. Darek wiedział już podczas holu, że to azjata – pędził w naszą stronę niczym lokomotywa. Tej samej nocy i ja mam branie. Fantastyczny hol, pełen odjazdów i zwrotów akcji. Wreszcie po kilkunastu minutach ryba wjeżdża do podbieraka. Zerkam tylko do środka i widzę w blasku latarki gruby kark – jestem zadowolony ! Moja pierwsza, ładna ryba z jeziora. Kolejna doba mija w kompletnej ciszy.

Wiemy, że to już koniec na tej wodzie. Nie jesteśmy w stanie dłużej tu spędzać czasu. Natłok ludzi nas męczy, nie jesteśmy w stanie odpocząć. Do tego spanie na drodze, ponieważ nie ma przestrzeni na normalne rozbicie namiotów, tez nie należy do przyjemności. Pomijam rolnika, który gdyby mógł to zapewne by zaorał i obsiał ziemię razem z wodą. Na szczęście ograniczają go drzewa. Był na każdej naszej zasiadce, zwracając uwagę, że to jego i nie wolno wjeżdżać samochodem. Co za człowiek… Frustruje nas jeszcze jedna sprawa – wszystkie ryby jakie złowiliśmy, nie mają śladu haka. Po kilku dobach spędzonych na tej wodzie, już wiemy dlaczego… Tu ryb się nie wypuszcza. Mało tego, te większe wcale nie idą na patelnię, tylko „do pracy” – ku uciesze lokalnych łowisk komercyjnych. Ludzie się z tym nie kryją. Jest wręcz na to lokalne przyzwolenie. Smutne, ale to już chyba temat na osobny tekst.

Przed nami lato i jesień – zdecydowanie lepszy czas wędkowanie. Co przyniesie ? Zobaczymy już niebawem…

 

Bartosz Rejnowski, Dariusz Kotlarek

Adder Carp Team